A to pole staje się coraz bliższe.
*
Ostatniego z tych długich dziewięciu dni października wyjechałem raz jeszcze z panną Jeziorańską na front. Tym razem nie pojechaliśmy ani na Talavera, gdzie już Navalcamero było w ręku powstańców, ani na Toledo, gdzieśmy już przez dwa dni deptali na miejscu. Pojechaliśmy trzecią, najbardziej wschodnią szosą: Cerra los Angeles — maleńkie Pinto — Valdemoro — Aranjuez. Ale z Valdemoro znowu szoferzy nie chcieli jechać dalej, zasłaniając się zakazami. Podeszliśmy o pozwolenie do kwatery dowódcy głośnego już 5. pułku Listera292. Nadleciały właśnie samoloty. Schroniliśmy się do jednego z domów komendy pełnych żołnierzy. Po kilku słowach naszej rozmowy zauważyliśmy, że stojący obok człowiek w cywilnym ubraniu słucha jej i zdaje się rozumieć. Rozmawialiśmy dalej, dość obojętnie. Nieznajomy przedstawił się. Jakiś Frankowski czy Jankowski. Chciałem sprecyzować, tłumacząc, że mam znajomych jednego z tych nazwisk. — O, lepiej, że nie wymawiam dokładnie! — Nieznajomy poinformował, że jest tu jako tłumacz przy swym szefie, Rosjaninie, i w servicios especiales293. Służba szczególna oznaczała tyle co GPU294. Nie pytaliśmy więcej. Ale on sam mówił jakoś chętnie. Powiedział, że rozpocznie się wielka ofensywa, której się spodziewano. Podłechtaliśmy go parę razy zapewnieniami, że są to rzeczy tak tajne, że nikt tego nie wie. — „A ja wiem” — mówił chytry tajniak i łapał, ile wlazło. Na szczęście dla swoich panów nie trafił w nas na kontrwywiad i wiedział stosunkowo mało. To, co było najważniejsze, to to, że przyjdzie wielka masa rosyjskich tanków. —
W dwa dni później, wieczorem, nasze auto przeciskało się przez ulice przedmieść, wracając z tej samej strony. Musieliśmy naraz stanąć. Przez szyby, za tłumem ludzi, nie było zrazu nic widać. Tłum krzyczał i machał rękoma. Myśleliśmy, że prowadzą jeńców. Ale nagle zza zakrętu wypadł pierwszy szarozielony tank i zaczął ze zgrzytem swych gąsienic łupać po asfalcie. To był naprawdę tank, nie opancerzony samochód, za nim jechał drugi, wysuwał się trzeci, czwarty, dziesiąty. Na widok jedenastego ludzie niemal dostali spazmów. Ulica przedmieścia madryckiego, taka jak nasza Czerniakowska, wyła z radości. Tego dnia pierwsze pociski armatnie dosięgły przedmieść; teraz tanki waliły jeden po drugim, jeden po drugim. Milicjantowi z eskorty auta rozwiązał się naraz język: powiedział, że te tanki stały od przedwczoraj przed Madrytem w polu, że nie wyprowadzono ich do miasta, by nie wpadły w oko szpiegom gen. Franco, że teraz bocznymi drogami i ulicami przeprowadza się je po nocy na tamten front, na jutro... Więc to jutro... Tanki sunęły dalej żelaznym pochodem. Powiedziałem mej towarzyszce, żeby liczyła, ale jej się gdzieś na czterdziestym którymś urwała liczba. Miało się wrażenie, że ta potęga, waląca już chyba z pół godziny madryckim przedmieściem, przejeżdża po nas, nas samych przemiażdża. Miało się wrażenie jakiejś siły, wybuchłej potajemnie, której nikt się w świecie nie oprze. Jakiejś bardzo rosyjskiej, dynamicznej, pierwotnej potęgi. O takiej potędze, rozumiałem, że mogli mówić Francuzi 1914 roku rouleau compresseur295. Przed taką siłą korzyli się z samego już kultu siły ci wszyscy, którzy w sierpniu wojennym Warszawy obrzucali kwiatami konie wielkoksiążęcych Kozaków. — Sam Madryt tego dnia jakby właśnie przycichł, jakby przysiadł. Dziennikarze snuli się w klubie nieliczni i małomówni. Nikt nie lubił zdradzać się z tego, co wie. Przed oczyma zresztą ja sam miałem tego dnia tylko miarowo podnoszący się ruch stalowych gąsienic. W pokoju o zapuszczonych szczelnie storach czytałem do bardzo późno. Aż w zmęczeniu roztopił się ten dziwaczny, pierwszy raz zasłyszany stukot, jakby żelaznych sandałów, powoli i ciężko stawianych na bruku — łoskot stąpającej po Półwyspie Iberyjskim pierwszymi krokami swych czołgów — czerwonej interwencji.
Czerwoni Waregowie
Będę zawsze żałował, że dnia 2 listopada 1936 roku o godzinie czwartej nad ranem nie znalazłem się w Hiszpanii, na dwudziesiątym trzecim kilometrze drogi szosowej Madryt-Murcia-Kartagena, za pueblem Valdemoro, w polu, nieco w prawo. Będę żałował, że nie należałem do tych, nielicznych zresztą, mi współczesnych, którzy tego dnia mogli widzieć, jak przed kwaterą pułku, który najlepiej moralnie przeniósł na sobie ciężką próbę sześciotygodniowego, nieustannego odwrotu, piątego pułku milicji madryckich, uformował się szyk bojowy kilkudziesięciu przybyłych tanków. Mało żołnierzy patrzących zdawało sobie może z tego sprawę, że jest to coś więcej jeszcze niż ofensywa mająca zatrzymać pochód na Madryt, rozpoczęta w niezwykle sprzyjających warunkach, choć zapewne wiedzieli o tym wszyscy, że bezpośredni obiekt porannego ataku to coś więcej niż miejscowość Sesenia296. Przecież musieli być i tam ludzie, którzy w owej godzinie porannej powiedzieli sobie „nareszcie”, tak samo jak powiedziano sobie „nareszcie” w niejednym ze sztabów generalnych, którym w sierpniu 1914 roku rozkaz mobilizacyjny zelżył wieloletnie napięcie nerwów, czujność wobec obcych zbrojeń, obawy, że przeciwnik wyprzedzi ich własne. Musieli powiedzieć to sobie ci Rosjanie siedzący za zapuszczonymi płytami stalowymi swych tanków, musieli to myśleć technicy włoscy z tamtej strony. Datę tego świtania, dzień 2 listopada 1936 roku, małą miejscowość Sesenia na południe od Madrytu, wśród pól i gajów oliwnych, z maleńkim dworcem kolejowym i całą małomieszczańską prowincjonalnością, która dziś wraz z Sesenią istnieć przestała, trzeba nam sobie zapamiętać. Wtedy i tam starły się bowiem po raz pierwszy dwa współczesne antagonizmy świata: bolszewizm i faszyzm. Napięcie nagromadzonej wrogości tych dwóch światopoglądów wyładowało się po raz pierwszy — orężnie.
Żaden z dziennikarzy obcych, poza może rosyjskimi trzymającymi się na uboczu od reszty, nie był świadkiem wszczęcia kontrofensywy rządowców. Przekonani, że wyruszy ona raczej wzdłuż drogi na Talawerę, by odciąć od głównego korpusu sił Franca te, które zapędziły się były prawym skrzydłem aż pod Aranjuez, mieliśmy zrazu wyjechać tegoż dnia rano ku Navalcarnero. Dla przezorności wybraliśmy jednak drogę środkową, toledańską: można z niej było w każdej chwili zboczyć, bez nakładania drogi, na właściwy teatr wydarzeń. Już w Getafe mieliśmy pierwszą wiadomość. Ofensywa rządowa istotnie ruszyła rano i do chwili obecnej odbiła już cztery wsie: Sesenię, Torejon de Calzado, Torejon de Velasco i czwartą, niezapamiętaną. W tej chwili trwać miał atak na Illescas. Było znać widoczne podniecenie. Minęły nas także furgony rannych. Nawet szoferzy nie wzbraniali się jechać dalej. Huk strzałów dochodził prawie niewstrzymaną falą. Niemniej za Parlo musieliśmy wysiąść i podejść dalej ku Torejon de Velasco. Była to wieś leżąca na samej drodze szosowej na Illescas i Toledo, podczas gdy drugi, mniejszy Torejon, leżał nieco z boku, bliżej Sesenii, między ramionami szos na Toledo i na Murcię-Kartagenę. W pewnym momencie wśród żołnierzy na szosie spotkaliśmy Rosjanina. Był woźnym ambasady sowieckiej, bez munduru i broni. Minęliśmy grupę, niedługo jednak później powiedziano nam, że dalej nie wolno, ze względów na rozwijającą się ofensywę, następować. Podeszliśmy więc polem z boku, gdzie już nie przestrzegano tak bardzo tajności wojny. Polem szła właśnie tyraliera wysłana na mały Torejon: jak się okazało, nie był on wcale zajęty, czy raczej po chwilowym opanowaniu został odbity. Grupa armii marokańskich Regulares297 broniła się z domów wioski i wielkiej, czworograniastej wieży kościoła. Za wzgórzem mogliśmy stosunkowo z bliska, leżąc na ziemi, śledzić tę obronę. Tymczasem ponad naszymi głowami, z pozycji o kilka kilometrów wstecz, przelatywały pociski. Artyleria rządowa brała za cel Torejon mały. Osłonięte wzgórzem stały dwie kompanie gotowe do ataku. O atak ten trwały właśnie telefoniczne targi między dowództwem oddziałów a niewidzialną komendą. Zdaje się, że komenda ta kierowała jednocześnie ogniem artyleryjskim bombardującym wieś i że żądała rozpoczęcia ataku. Komenda oddziałów nie była wcale tego zdania. Odpowiadano — byłem przy tej rozmowie podobnie jak żołnierze — że obstrzał artyleryjski jest niedostateczny, przenosi lub nie donosi, że natomiast karabiny maszynowe nieprzyjaciela wytłukłyby każdy atak. Po kilku minutach telefon polowy rozdzwaniał się na nowo. Ta sama rozmowa toczyła się z tymi samymi argumentami, żądaniami i odmowami, tylko w tonie bardziej podrażnionym. Żołnierze, jak się zdaje, również nie rwali się do walki. Okazało się poza tym, że i w drugim, leżącym na szosie Torejonie, do którego nas nie dopuszczono, sytuacja jest niewyjaśniona. Tuż za wsią, albo i w niej samej, wywiązała się nowa walka.
Wróciliśmy około godziny drugiej do Getafe, zjeść jak poprzednio obiad w dawnym klasztorze pijarskim. Było pewne, że na tym przynajmniej odcinku ofensywa nie postępuje już naprzód. Wychodząc, zobaczyliśmy sunący uliczką rząd tanków. Szły one teraz powoli, eskortowane milicjantami. Stanęły nawet i o coś się pytano. Zatrzymałem się z aparatem i zrobiłem zdjęcie. Z tanku, który wypadł na pierwszym planie, patrzał ktoś jakby znajomym wzrokiem. Na głos mojej towarzyszki, że mówią do siebie po rosyjsku, przyskoczyłem do tanku. Siwe oczy żołnierza patrzyły istotnie znajomo:
— Ty ruskij? — zapytałem. — Zwitki?298
Mimo woli przeszedłem więc na ukraiński, co okazało się szczęśliwym. Szeroka twarz słowiańska rozszerzyła się radosnym uśmiechem: