Ja z Połtawszczyny — zawołał tryumfująco. — A ty zwitki tut wziałsia?299

Ja Paljak300 — odpowiedziałem po prostu.

Twarz ścięła się jak przerażona. Ale w tej chwili opadli nas jacyś ludzie, inni ludzie, milicjanci i tankiści. Chłop o typowo wielkoruskiej twarzy rzucił się na mnie:

Stupaj!301

Czto ty, stupaj, czto tiebia302 — zacząłem oponować.

Ale drab łapał już za aparat panny Jeziorańskiej. Miała ona nie Kodak, ale Rolleiflex trudny do schowania i widoczny. Zaczęła się wzbraniać, że nie fotografowała. Milicjanci rozpędzali wszystkich, którzy chcieli podejść do tanków. Nie wiadomo, czym by się sprawa skończyła, gdyby naraz nad Getafe nie pokazały się samoloty. Tanki ruszyły naprzód, tankiści z nimi, milicjanci pochowali się po domach, myśmy zeszli do piwnic klasztoru, gdzie już uciekło kilkadziesiąt osób. Po półgodzinie nie było tanków. Kilka bomb spadło na ulicę. Jakieś domy były rozwalone, trup konia leżał przy furgonie. Pojechaliśmy dalej, ale teraz drogą na Valdemoro. Stąd wyszła rankiem ofensywa na Sesenię. Nie było złudzeń: żołnierze tu grupami wracali szosą. Sesenia była odbita. Od obu Torejonów dochodziła zażarta strzelanina. Ulice pełne były wojska. Robiło ono wrażenie znużonego i wyczerpanego. Nie mogliśmy się dowiedzieć, co zaszło między świtem a wieczorem. Nie mogliśmy zrozumieć, jak siła kilkudziesięciu tanków, gdy po drugiej stronie były one jeszcze wówczas rzadkością, mogła przejść tak bez rezultatu.

Dopiero dużo później znalazłem na to odpowiedź. W warunkach, których dokładniej nie opiszę, mogłem rozmawiać z jednym z rosyjskich tankistów, mniej podejrzliwym, a bardziej wygadanym niż ów Połtawszczyk. Opowiadanie Rosjanina ciągnęło się rozwlekle, ale barwnie. Na Sesenię poszły, wedle jego wersji, dwie fale tanków. Jedna posuwała się wzdłuż toru kolejowego, druga od szosy na Aranjuez. Bez trudu przełamano pierwsze linie obrony. Tanki były czymś, czego się tu zupełnie nie spodziewano, zwłaszcza w tej ilości. Moment zaskoczenia wybrany był więc świetnie: w dwadzieścia minut od ruszenia na wieś była ona zajęta.

— Tanki przeszły przez nią jak przez chleb — mówił z satysfakcją tankista.

— No i co stało się z chlebem? — zabawiło mnie porównanie.

— Pomalutku, brat, pomalutku. — I opowiedział, że przeszedłszy wieś, stanęli znowu w szyku. Tłumaczył mi, jak wygląda ten szyk tanków, ale nie spamiętałem. Byli gotowi ruszyć naprzód, wedle planu ofensywy. Tymczasem okazało się, że piechota milicjantów, która miała iść za tankami, nie idzie. Nie ma jej. Tank bez piechoty nic nie może zrobić trwałego — tłumaczył. Uważając, że zapewne opanowanie Sesenii zajęło milicjantom więcej czasu, ruszyli wstecz im pomóc. Tymczasem okazało się że w Sesenii zaskoczeni Regulares i Maurowie zorganizowali zaciekłą obronę. Rosjanin opowiadał o niej szczegóły nieomal nieprawdopodobne. I tak miano wciągnąć armatki na dachy domów i a bout portant walić w nadchodzące tanki. Nie było co robić, kończył: trzeba było wjechać w taki dom. Naszemu nic to, wjechał. Ale hiszpańska dierewnia303 — opowiadał, kręcąc głową — to nie nasza ruska dierewnia. Ona nie z dierewa304 — konstatował swe głębokie odkrycie: po niej nie przejedziesz jak po naszej, i wzdłuż, i na piereriez305. Ona z kamienia. Ruszył nasz motorem, wwalił się na ścianę, stiena306 łopnuła, on wjechał na Maurów, zgniótł żmije. Ale tam była druga ściana — ani rusz. Chce zawracać na drogę, ale rozpędu od tej ściany wziąć nie może, gruzu ma z tyłu od tej pierwszej całą górę — nie przejedzie. A tu już Maur na tanku, z benzyną, z ogniem! Leje i zapala. Dwie nasze maszyny tak zostały. W tej wsi, cośmy wzięli w trzy migi. —