Mogłem tedy wejść spokojnie do gabinetów ministra wojny i przekonać się, że istotnie zabrano stąd dosyć. Były puste miejsca po obrazach, niezakurzone ślady po porcelanach jakichś czy brązach z kominków. Wysokie sale zachowały swe piękne meble. Był zupełny nieład. Jakieś papiery, jakieś podarte strzępy. Dużo spalonych szczątków jakichś dokumentów może. Metalowe tabliczki z napisami mówiły na niektórych drzwiach, że należy meldować się w adiutanturze, że tu jest adiutantura ministra wojny, sekretariat osobisty ministra wojny. Ale nie trzeba się było meldować nikomu. Nie było żadnych adiutantów, żadnych sekretarzy, żadnych woźnych. Okna musiały pozostać od wczoraj otwarte, mimo deszczu, bo na posadzce widać było szerokie strugi deszczówki, wmakające powoli we wzorzysty dywan smyrneński. Wreszcie dopadłem gdzieś Ariasa, szefa od przepustek. Przywalił mi swą pieczęć bez ograniczania, jak przedtem, terminu. Jeśli chcę wyjeżdżać, to muszę pójść do ministerstwa spraw zagranicznych, on nic nie może zrobić. Wszystkie auta już poszły do Walencji. — Istotnie w „Gran Via” nie było nikogo. Jak się okazało, w hotelu zarekwirowanym przez rząd pakowano wszystkich dziennikarzy zagranicznych, komunistów. Nie czekając długo, wyjechali tej nocy. Poszedłem do ministerstwa spraw zagranicznych. Straże obmacały mnie u wejścia, szukając broni, ale potem nikt już o nic nie pytał, nikomu nie meldował. Szefa prasowego nie było, jego sekretarzy nie było. Kroki rozlegały się głośno w korytarzach starego pałacu. W części gmachu znajdowało się paru młodych ludzi z odznakami partii komunistycznej. Robili wrażenie, że są tu po raz pierwszy i zaraz wychodzą. Istotnie, już popołudniu przenieśli się do gmachu telefonów madryckich i urzędowali tam jako cenzura zagraniczna. Tyle zostało z dawnego „ministerstwa stanu”.
*
Na mieście spotkałem młodego Anglika z Agencji Reuter: odnajdywano się teraz nieco jak po potopie, rejestrując znajomych i dzieląc ich na tych, którzy pojechali do Walencji, i tych, co zostali. Wbrew pozorom ci, co zostali, nie byli to wcale komuniści, lecz przeciwnie, raczej biali. Wobec powszechnego przekonania, że wkroczenie Franca, po przegranej na frontach, rozbiciu ofensywy czerwonych i ucieczce rządu, jest tylko kwestią paru dni lub kilkudziesięciu godzin, nie sądzono, by ktokolwiek lewicowy odważył się zostać. — „O panu nie wiedzieliśmy z początku, co sądzić — mówi mi Anglik. — Wiedzieliśmy, że pan nie ma pomocy ze strony swego poselstwa, wiedzieliśmy także, że pan nie jest zakwaterowany, jak komuniści, za darmo: rozumie pan, że z początku zawsze się tu jest na baczności”. — Nie tłumaczyłem mu, dlaczego „nie miałem pomocy ze strony mego poselstwa”: obcy dziennikarze mieli wszyscy, z wyjątkiem komunistów, którzy byli gośćmi rządu, osobne legitymacje od swych ambasad, otrzymywali od nich mieszkanie, żywność, co w okresie powstającego głodu i kartek na prowianty stało się koniecznością, czasem nawet mieli stąd auta. Cieszyłem się za to, że nasze stosunki z dziennikarzami pozostałymi w Madrycie zacieśniły się jeszcze. Poszliśmy ku Rosales. Jest to jedna z nowych dzielnic, blisko centrum, ale już wzniesiona na krańcach płaskowzgórza, z którego Madryt opada parkami miejskimi ku Casa del Campo. Wzdłuż bulwaru oprowadzającego tę bogatą mieszkaniową dzielnicę, jakąś warszawską Filtrową, czy krakowskie okolice Błoń, wykopane były prowizoryczne rowy strzeleckie. Asfalt był zarzucony odłamkami cegły, tynku, pocisków; szereg domów było zrujnowanych; dużo szyb leżało na brukach. Oficer kierujący umacnianiem okopu powiedział nam, że tej nocy Maurowie dotarli już byli do dworca północnego, który leży właśnie o kilkadziesiąt metrów niżej. Dzięki różnicy terenu zdołano ów patrol wypłoszyć. Dowiedzieliśmy się także, że ów atak na Brunette, którego przed trzema dniami byliśmy świadkami, wprowadził straże przednie nacjonalistów aż do Casa del Campo i z tej właśnie strony niespodzianie zagroził Madrytowi. Oficer przewidywał, że tu właśnie przyjdzie w najbliższym czasie nowy atak faszystów. Był zamyślony i poważny. Przed nami widniał duży parów, toczący w swej głębi mały Manzanares348, po drugiej swej stronie wznoszący się pagórkowato, powoli, wielkimi przestrzeniami porosłymi kępami krzaków, wysoką płową trawą, piniami i oliwkami. Obeszliśmy Rosales. W kilku miejscach postawiono nowe barykady. Na ogół było pusto. Podeszliśmy pod Carcel Modelo. Czerwony gmach wzorowego więzienia, w ostatnich miesiącach świadek licznych kaźni, robił wrażenie zupełnie puste; mieliśmy dowiedzieć się potem, że więźniów wyprowadzono stąd nocą, w chwili gdy zdawało się, że Maurowie podpełzli już pod Rosales, i popędzono szosą na Alcala de Henares i Guadalajarę; ale przed jedną ze wsi podmadryckich anarchiści dopuścili się gwałtownych samosądów. Od wielkiego parku miejskiego, założonego przez matkę ostatniego króla i noszącego jej imię, dochodziły liczne, bliższe już, strzały. Wróciliśmy do śródmieścia ulicami, na których koczowały tłumy uchodźców ze wsi podmadryckich.
Popołudniu przeszliśmy starym miastem, w dół ku Manzanaresowi, ku drogom, którymi tak niedawno jeździliśmy jeszcze na front. Miasto pozamykało moc sklepów. Ulicami snuli się ludzie w odznakach federacji anarchistycznej: zatrzymano nas parokrotnie. Weszliśmy wreszcie w labirynt dawnego Madrytu, w gęstwę domów, z których hiszpańscy Kilińscy i Konopkowie349 strzelali kiedyś przeciw szwoleżerom okupacji napoleońskiej350, jak nasi mieszczanie z insurekcji kościuszkowskiej bronili się przed jegrami351 Igelstroma352. Stare miasto otwierało się tu właśnie na większy plac, z dalekim widokiem ku Getafe, Parlo, frontowi. Co nas zastanowiło, to znaczny, ale normalny ruch w staromieściu. W Madrycie czuć było podniecenie, wyczekiwanie, nadzieje i niepokoje. Tu było jakby skupienie niedostrzegalnych jeszcze wysiłków. My sami czuliśmy się tu pewniej. Na plac dolatywały głośne strzały. Stał tu duży łuk tryumfalny, zwany bramą toledańską. Przebiegaliśmy, chyląc się, wolną część placu i wzdłuż parkanów zbiegaliśmy w dół. Przy moście na Manzanaresie stała warta. Nie chciała nas puszczać. Że nasze przepustki nie takie. Że nie mamy przepustek dzielnicowych. Wartę stanowili anarchiści. Nie bardzo rozumieli, o co chodzi.
— Przecież tam nie mieszkasz?
— To nic — mówię — ale jestem dziennikarzem, jeżdżę co dzień na front.
— Nieprawda, dziennikarze zagraniczni wszyscy są w Walencji — zaśmiał się trochę gorzko strażnik.
— Może i są — powiedziałem — ale ja jestem w Madrycie. I nie po to zostałem w Madrycie, żeby nie być na froncie.
— De que nacionalidad?353 — spytał się naraz inny.
— Polacco — powiedziałem.