Głuchy huk wstrząsa ścianami drapacza. Wysokość i mury tłumią wszystko. Jak to musiało huczeć tam, na dnie kanionu.
„...zrzuciły szereg bomb, niezbyt wielkiego kalibru, z rodzaju zapalnych. W rezultacie płoną w tej chwili dwa gmachy między Gran Via a Puerta del Sol, jedna bomba upadła nieszkodliwie na ulicę. Bomby spadłe bliżej Cuartel de la Montana podpaliły pałac księcia Alby (hallo, hallo, cherchez Alba dans Larousse, très important)389, byłego ministra...”
— A może go rozstrzelali? — świta myśl dziennikarzowi.
Niezawodnie byłaby to gratka, coś jak ów stary książę, ostatni potomek Krzysztofa Kolumba, za którym bezskutecznie wstawiały się ambasady wszystkich państw amerykańskich. Ale książę Alba y Berwick siedzi w Anglii.
„...le duc d’Alba réside actuellement en Angleterre390 — już dudni telefon. — Wspaniała biblioteka, cenna galeria obrazów de Goya... G comme Gustave391, O — Octobre, Ygrek, A, Velazquez — V comme...”
Wstrząs przepłynął falą przez drapacz. Z ulicy podnosi się huk, wsiąka przez grube mury. Anglicy i Szwedzi, nachyleni nad słuchawkami, podają szczegóły bombardowania. Ale wszystko dochodzi tu do nas matowo, stłumione, jakby cedzone przez czas i odległość. Nigdzie chyba bezpieczeństwo nie jest tak złudne jak w tym cyplu wydźwigniętym pod niebo i nigdzie człowiek nie czuje się tak bezpieczny. W wielkiej sali porozkładano polowe łóżka dla personelu, takie same jak we wszystkich ministerstwach i urzędach. Wszyscy moi koledzy są przy telefonach, dzwonią do swych Paryżów i Londynów. W redakcjach najbogatszych pism polskich znudzony sekretarz nocny konfekcjonuje właśnie jakieś „telefonem od własnego korespondenta”.
Wychodzę na ulicę. Jest zupełnie ciemno, nie ma żywej duszy. Pożary rumienią się czerwono, odblaskami na domach, ruinami. Obchodzę daleko ministerstwo wojny, zwykły cel lotniczych wypadów, krok dzwoni po pustych ulicach, wybijam go umyślnie wojskowo, miarowo, wówczas przy takiej ciemności mniej się jest narażonym na zatrzymanie, legitymowanie przy podniesionych ku tobie karabinach lub wykłócanie się z tępym i podejrzliwym strażnikiem. Ale nie ma nikogo. Okna są zupełnie ciemne, tylko od samego dołu, z suteryn czy piwniczek, przemykają pasemka światła. Życie wielkiej europejskiej stolicy rozbite zostało tymi bombami na części: drobna cząsteczka tego życia rzucona została aż pod chmury, w wieżycę olbrzymiego drapacza, woła o tym wszystkim na Londyn, Paryż i New York. Całe masy spłynęły jak woda w dół, zaryły się pod ziemię, zaczaiły po norach, wtuliły swe skargi, straszliwe przekleństwa i paniczny, okropny lęk. Lęk zwierzęcy jaskiniowego człowieka. W nocy, około trzeciej, zaczyna naraz terkotać karabin maszynowy, daleką ulicą przewala się z łoskotem jakiś ciężki wehikuł.
Może to — już?
Tak, to wojna
Ale „już” nie przyszło ani wtedy, ani nazajutrz rano, ani jeszcze nazajutrz, ani potem. Nie weszły do Madrytu, w osłonie nocy, ognia artyleryjskiego i pożarów, ani „ciężkie wehikuły” — tanki, ani Maurowie, ani karliści. Nic się nie stało przez tych kilka dni, choć PAT zdołał był ogłosić wzięcie Madrytu. My tylko dowiedzieliśmy się wiele z rzeczy nowych i przyszłych ze spraw, które nie zna jeszcze żadna z wielkich stolic europejskich, tych, które wojnę przyszłości rekonstruują sobie z 1914 roku, z fantastycznych powieści czy manewrów lotniczo-gazowych. Rzeczy patetyczne i groźne stały się naraz codziennością: jakby na ironię patetykom zaczęły przypominać rzeczy zgoła niegroźne i niepatetyczne. Madryt to wie, wy zaś jeszcze, czytelnicy, tego nie wiecie. Że to jest takie inne, niż się myślało, że będzie. Nie wiecie więc, nie wiedzielibyście, co to jest, gdy nad ulicą rozklaszcze się nagle w biały dzień grzechotanie kastaniet. Tak, po prostu kastaniet, tylko jakichś niezwykle głośnych, jakby to puste orzechy leciały na twardy blat stołu stukocącą kaskadą, wokoło której robi się naraz po mieście zupełna cisza. Więc to jest właśnie tak, gdy nadlatują samoloty nad miasto, gdy do na poły niewidocznych jeszcze zaczyna walić artyleria przeciwlotnicza ze swych armatek szybkostrzelnych czy mitraliez. Suche terkotanie karabinów maszynowych, rozlegające się z dachów wielkich domów, jak sponad pudeł rezonansowych, nabiera dźwięczności i grzechocze właśnie jak jakieś szczególnie wielkie, szczególnie głośne kastaniety. Wiecie, co to znaczy, gdy naraz słyszy się jakiś huk, bardzo stłumiony a jednak wstrząsający ścianami domu? Jeśli potem zobaczymy na ulicy gruz, wyłom w murze, rozbite szyby, jeśli — lepiej — zobaczymy piasek starannie wysypany na parę plam ciemniejszych na jezdni, znak, że to właśnie stali w ogonku, po mleko czy węgiel, może popołudniu, może wieczorem, gdy było ciemno, i że tu właśnie padł pocisk, ludzi poszarpał, plamę krwi zostawił. Prostota piątego dnia wojny wokoło wielkiej stolicy europejskiej — oto co najwięcej uderza. Nie ma w tym wszystkim krzty batalistycznego patosu. Byliśmy na Puerta del Sol, niewielkim, centralnym placyku w środku Madrytu: tu mówi się „Puerta del Sol” jak w Warszawie — „na Krakowskim”, w Krakowie — „na AB”. Jest tam gmach ministerstwa spraw wewnętrznych. Otóż właśnie wtedy z dachu jednego z domów rozległ się huk, coś błysnęło, trysnęło falą białego dymu. Sam wybuch usłyszano właściwie w sekundę potem, a przez te ćwierć sekundy każdy na placu odruchowo położył się, biegł lub ukrył za lada wyłom muru. Ja sam przywarłem za granitową wnęką, niestety, bardzo płytką, a tymczasem przez plac przeszła fala pyłu i dymu, spoza której buchały histeryczne krzyki. Po chwili nie było już nic, tylko kawał dachu został wtłoczony w dół, jak pudło tekturowe zgniecione nogą, tu i ówdzie ludzie leżeli na ulicy, zresztą ucierpiano mało. Pocisk był zapewne przeznaczony dla gmachu po drugiej stronie placu — dla owego ministerstwa, ale artylerzysta źle wyliczył odległość, wziął krócej o ćwierć linijki w pomiarach, co oznaczało kilkanaście metrów. Gdyby pomylił się trochę mniej, pocisk ugrzązłby nie we wnętrzu domu, ale łupnąłby w sam środek ulicy, na której panuje nieopisany tłok. Zwożono by potem całe góry rozerwanego na strzępy mięsa, jak wtedy, przed hotelem „Florida”.