Naraz nad nami straszliwy huk. Jeden, drugi. Potem jakby się coś waliło. A w środku tego niesamowity gwizd-wycie. W tej ciemności człowiek instynktownie przypada plackiem na ziemię, do miału na chodniku. Huk drugi i trzeci. Podrywamy się i giniemy w pierwszej bramie. Człowiek spostrzega teraz, że jednak nic tu nie pomógł trening wszystkich wypraw na front, czołgania się w rowach, padania wobec samolotów, że cały drży. Jakie to niesamowite, gdy przez wielkie miasto, olbrzymie a bezbronne, leci z hukiem wśród ciemności pocisk z ciężkiego działa!

Na ścianie przeciwległego narożnego domu różowi się brzask. Jeszcze jeden pożar.

Do tego pożaru trudno bardzo dojść, bo idzie się przez wąziutką uliczkę, którą w dodatku rozkopano. W ciemności źle mierzymy głębokość rozkopu, dwaj pierwsi wywracają się jak dłudzy. Każdy boi się zostać sam. Pocisk runął między domy, w sam środek jakichś jatek rzeźnickich. Wszystko się teraz pali, nikt tego nawet nie będzie ratował. Może tam było mięso, bo naraz zaczyna mdlić nieprzyjemny zapach spalenizny, jak wtedy gdy nocą wracaliśmy z Kartageny koło cmentarzy madryckich. Nie, tu nic nie ma. Można wracać na Gran Via, zejść ku pałacowi Alby. Ale po tych pierwszych wybuchach nikt się nie kwapi. Prawie wszyscy wracają do centrali telefonicznej. Może wreszcie zagranica będzie wolna?

Tymczasem od Puerta del Sol bucha łuna wielekroć większa, a gdy dochodzę, staje się niemal zupełnie jasno, w tym mieście, które latarń nie zapala od dwóch miesięcy. Na sam dół zejść nie można. Pocisk ugodził w duży dom czynszowy, który pali się teraz od wewnątrz przez wszystkie swoje trzy górne piętra. Moc ludzi, odpychanych przez milicję czy gwardię, tłoczy się koło domu. Jakieś kobiety płaczą głośno, ale ogień zaczyna huczeć poprzez ściany domu i tym swym huczeniem ścisza wszystko naokoło. Ludzie gromadzą się w jakimś miejscu, nie widzę dobrze w pomroku. Trup.

Jest to trup mężczyzny, niewielkiego wzrostu, w ciemnym ubraniu. Nie widać żadnej rany, tylko ubranie zmiętoszone i koło szyi ciemnieje na bruku coraz większa plama, która mogłaby być po prostu cieniem, ale w której odgadujemy krew. Jest to „zaledwie” piąty trup, jaki widzę w tej wojnie, ale jest coś dziwnie biednego w tym człowieku. Jest on skulony, wpółzgięty, jakby zmęczył się czymś i tak po prostu upadł sobie na chodnik. To nie jest rozwalony, skoszony w walce trup żołnierski. Jeśli istniał gdzie na świecie szary człowiek, to właśnie przed chwilą, właśnie szedł tą ulicą w górę i właśnie runęła weń śmierć z tego pocisku, który przemienił się w żar wewnątrz tego domu. Ludzie schylają się z noszami, obracają go, bardziej niż przenoszą. Drugie, trzecie, czwarte nosze. Szereg noszy zaczyna iść przez Madryt rozświetlony tylko łunami pożarów, gdy znowu huk. Ulica pustoszeje, bramy pęcznieją od tłoczących się ludzi. Jedynie nosze płyną wolno ku górze, środkiem ulicy. Nad nami huczą trójmotorowce.

*

Po chwili, gdy wszystko jakby przebrzmiało, wysuwam się i biegnę dalej. Przechodzę kilkadziesiąt kroków, znowu Gran Via. Stromy masyw centrali telefonicznej piętrzy się pod niebo, opływany odblaskiem pożarów. O, teraz to bezduszne drapacze mają majestat inny niż pieniądz! Jest znowu cisza. To wprost niesłychane, jak prędko po sobie przychodzą tu huk olbrzymi, jęk i krzyki, a potem zupełne milczenie. Takie wielkie miasto i tak naraz milczy. Nad kanionem drapaczy i pod gwiazdami czarnego nieba warkoczą głucho potężne motory bombardowców. Naraz za mną prędzej niż huk stacza się światło. Mam wrażenie, że bym oślepł, gdyby to było przed oczami, takie jest oślepiające. Olbrzymi huk, najsilniejszy, echo gwizdów i brzęków ponad głową. Człowiek ucieka mimowiednie, choć biec ulicami Madrytu po nocy to narazić się na kulę gorliwego gwardzisty. Mija mnie oddział, ale się nie zatrzymuje, sam biegnie, tylko w przeciwnym niż ja kierunku. Więc i ja zawracam.

W tym właśnie miejscu ulica tworzy niewielki placyk, takie rozszerzenie skrzyżowania paru ulic. Bomba zapalna upadła na bruk i rozbiła się na części. Teraz te części leżą na jezdni szeroko porozrzucane i płoną jakimś chemicznym, oślepiającym płomieniem o blasku rozedrganej rtęci. Jakby moc ruchomych cząstek drgających w różnych kierunkach. Zapalić najwidoczniej nic nie mogą, bo wszędzie tu tylko kostka bazaltowa i szyny tramwajów. Ludzie za nami wychodzą z bram domów, ze schronów. Przez sekundę ma się wrażenie, że to jakieś plemię jaskiniowców wylazło oglądać potwora, który zagrażał ich życiu, wobec którego byli bezsilni, a który teraz kurczy się i pręży w przedśmiertnych wstrząsach. Bije od niego gorąco, żar skondensowany i wtłoczony w metal. Podchodzą strażnicy — tamten dom płonący jest niedaleko — i zaczynają długimi jakby grabiami rozgarniać to ognisko, oddzielając żarzące się oślepiająco kawałki jedne od drugich. Przechodzę na drugą stronę placyku i wtedy dopiero widzę, że gmach centrali telefonicznej, przedtem rozjaśniony blaskiem, ma teraz jedną ścianę białą jak w dzień. Dom o kilka metrów od niego, po drugiej stronie bocznicy Gran Via, stoi także w płomieniach.

W bramie centrali nikogo. Posterunki stoją wewnątrz. Winda funkcjonuje. Po chwili jestem na dziesiątym piętrze. Przez wielkie czarne okna widać teraz noc nad Madrytem i buchające gęstymi obłokami pożary. Gorąco najbliższego z nich bucha słupem ku górze. Prawie wszyscy dziennikarze zagraniczni już tu są. Gruby Amerykanin z koncernu Hearsta też. Dojechał samochodem pod sam pałac, przeszedł przez ogród, widział. Pokazuje mi krótką depeszę, którą zredagował. Jest dumny z jej tytułu, który mówi coś o widoku godnym Nerona388. Istotnie, jest coś Neronowskiego w tym mieście płonącym zewsząd. Czy samoloty jeszcze latają? Nie sposób stwierdzić. Jest jakaś dziwna cisza na tych dwustu metrach nad ziemią, a nawet niecałych dwustu. Nie można sobie wyobrazić, żeby bomba, zwykła bomba, mogła strzaskać i taki kolos, jak rozwala czteropiętrowe kamienice. Tymczasem Francuz już dostał swój Paryż. Pośpiesznie, ale pewnym głosem dyktuje ciąg dalszy:

„...Drugie bombardowanie Madrytu rozpoczęło się o godzinie ósmej piętnaście tutejszego czasu, obstrzałem baterii z Casa del Campo. W wyniku podpalono trzy gmachy, bez większego znaczenia. Atak samolotów rozpoczął się, nim ustała panika spowodowana rzuceniem bomb. Samoloty, krążąc nad Madrytem...”