A gdy zagrzmi nad miastem dział huk,

On rycerzy ginących porzuci,

Ze stolicy wyleci jak kruk,

Strząśnie skrzydła, do arki nie wróci.427

Tak, rewolucja hiszpańska w niczym nie odbiega od norm wszystkich rewolucji świata: obala, pożera, niszczy bohaterów pierwszych dni, aby na ich miejsce wywyższyć ludzi nowych, którzy dojrzeli w ogniu walki. I nie zdziwiłbym się wcale, gdyby pewnego dnia bohaterem i wodzem okazał się Jose Diaz428, sekretarz partii komunistycznej.

„Wszystkich nas czeka ten los, przyjacielu” — pisała w swej celi w Temple429 pani Roland, egeria430 żyrondystów431. Te słowa, streszczające prawo rewolucji, wciąż jeszcze okażą się aktualne, jeśli z kolei spojrzymy na elitę tamtej strony. Iluż mieli dowódców i jakie mnóstwo ich ubyło! Więc przede wszystkim Sotelo, człowiek niezaprzeczenie wybitny, który po zwycięstwie puczu miał zostać szefem prawicowego rządu. Zginął. Dalej, gen. Sanjurjo432, którego zachowanie się dnia 13 kwietnia 1931 roku niemało przyczyniło się do obalenia monarchii. Zginął w katastrofie lotniczej w pierwszych dniach rewolty. Po nim Goded; ten znów był jednym z głównych dowódców spisku wojskowego, demoralizatorem armii, specjalistą od pronunciamentos. Klęska, jaką poniósł na ulicach Barcelony, przesądziła o zwycięstwie mas ludowych Hiszpanii, jego zaś zaprowadziła przed trybunał rewolucji, który wydał nań wyrok śmierci. I jeszcze jeden odszedł w tych dniach, tak groźnych dla Madrytu: młody był, a mierzył wysoko: José Antonio Primo de Rivera433, syn dyktatora, przywódca „Falangi” hiszpańskiej. Rewolucja zastała go w więzieniu w Alicante, gdzie odbywał karę za jakieś przestępstwa polityczne. W tych dniach postawiono go przed sąd i skazano na śmierć. Ubył jeszcze jeden kandydat na wodza. Pusto się robi dokoła gen. Franco.

Oczywiście, powstańcy nie jego predestynowali na swego wodza: był najmłodszy i najmniej politykujący z generałów. Zostało ich jeszcze kilku: Mola434, Cabanellas435, Queipo de Llano. Wszyscy trzej, wielcy intryganci, czczeni jak fetysze, członkowie lóż. W rzeczy samej z chwilą obalenia monarchii pokwapiono się z udzieleniem dymisji generałom prawicowym. Inna rzecz, że republika nie okazała się taka, jaką sobie byli projektowali spiskowcy z pronunciamentów. Usiłowali też przerobić ją po swojemu, własnymi rękami, lub raczej szablami. Było to dn. 20 lipca; zamach spalił na panewce. Z tą chwilą wszyscy trzej byli powaleni — zupełnie tak samo jak z przeciwnej strony senor Alcala Zamora. Jedynym wojskowym, który w przeciwieństwie do nich mógł się pochwalić dość mizernym na razie sukcesem, był Franco. Wszystkie bowiem atuty, jakimi tamci posługiwali się w polityce, znalazły się w rękach przeciwników: były to hasła liberalizmu, postępu. Wielką siłą moralną powstania jest religia. Generałowie poczęli zatem grać komedię: Mola przywraca w szkołach krucyfiksy, stary wolterianin Cabanellas chodzi na mszę, Queipo de Llano uderza w tony religijne w przemówieniach swoich, wygłaszanych w radio sewilskim. Lecz w tych burzliwych czasach komedie nie na wiele się zdadzą. Tak też się stało, że podczas gdy jeden po drugim ginęli Durutti, Odena, Col i ich towarzysze, śmierć i zapomnienie czyniły spustoszenia w pierwszych szeregach ich nieprzyjaciół, usuwając, jakby cudem, wszystkich rywali, którzy jeszcze dwa miesiące temu znajdowali się na drodze młodego gen. Franco.

*

Ktoś powiedział, że ta wojna będzie początkiem przyszłej europejskiej walki między dwoma światami, komunizmem i faszyzmem. Tak się też stało w istocie. Po cudzoziemskich samolotach, po amunicji, po obcych karabinach zwykłych i maszynowych zjawiły się rosyjskie czołgi, wielkie wojskowe ciężarówki, malowane na kolor khaki armaty. A po junkersach i innych narzędziach wojny zjawili się wreszcie i ludzie. I to nie tylko lotnicy obcokrajowi, o których obecności sporadycznej donosiły gazety. Obecnie są to już całe oddziały wojskowe. Stawili się tu wszyscy: Niemcy, Włosi, Polacy, Żydzi, Francuzi. Bronią oni najtrudniejszych posterunków: Rosales, Puente de los Franeses, Ciudad Univensitaria i Casa del Campo. Cała międzynarodówka antyfaszystowska i komunistyczna przybyła tu, aby ramię przy ramieniu stanąć na przedpolach Madrytu. Po drugiej stronie dzieje się to samo. Polacy z batalionu im. Dąbrowskiego — oczywiście, Jarosława Dąbrowskiego, dowódcy wojskowego komuny paryskiej — mówili mi, iż w ciche wieczory w okopach przeciwników słychać polskie pieśni. Polacy — a pełno ich tu wszędzie — opowiadali mi jeszcze, że pewnej nocy wołano do nich spod pinii Casa del Campo: „Polacy, nie strzelać!”. Jednak strzelali, gdyż jest to znany tu dobrze chwyt Maurów: prosić o pokój, a samym odpowiadać strzałami karabinowymi. Toteż obecnie ludzie mają się już na baczności.

Bratobójcza walka Hiszpanów, jak to się zawsze dzieje w wojnie domowej, wyszła poza ramy jednego narodu i stała się bratobójczą walką wszystkich ludów Europy, zyskując przez to na zaciętości. Jest to całkiem zrozumiałe. Po latach podziemnej walki, emigrant włoski ze stokroć większą zawziętością skieruje lufę zenitówki436 przeciwko Savoia-Marchetti. Uciekinier-Niemiec całą nienawiść, nagromadzoną w czasie trzyletniego pobytu w obozie koncentracyjnym, wyładuje w walce z przeciwnikami-Niemcami. Sierp i swastyka splotły się wreszcie w walce, o której marzyły. To nie tylko bohaterowie hiszpańscy, którzy wstąpią, gdy nadejdzie ich chwila, do Walhalli cieniów rewolucji. Ta walka ma znacznie szerszy zasięg: kryje ona więcej obietnic i gróźb dla tych, którzy się w nią wplączą. A Manzanares w głębi jaru toczy swe fale — Styks437 i Marna438 tej walki, która pcha ich wszystkich, wielkich i małych, sławnych i bezimiennych, czerwonych i białych — w otchłanne głębiny śmierci.