Oczyma Anglosasa
Wyrocznią stał się gruby Amerykanin z Hearsta, imieniem Jonathan. To Jonathan przepowiedział, że Madrytu nie wezmą i że Gran Via będzie zbombardowana. Dziwiło to wszystkich, zwłaszcza pierwsze, bo Jonathan uchodził za sprzyjającego faszystom. Ale to tylko madryccy kandydaci na prokuratorów w przyszłym trockistowskim procesie, tym razem w Hiszpanii, mogli tak upraszczać: Jonathan nie cierpi faszystów. Nie cierpi w ogóle „totalniaków”. W zasadzie kocha jakąś demokrację egalitarną, prostą bardzo i możliwie zamożną. Dla Europy jest monarchistą; właśnie najpiękniejszym wykwitem europejskiej demokracji byłoby istnienie królów, fotografowanych do każdego niedzielnego dodatku pism, jak podają rękę pucybutom i w tłumie aut czekają posłusznie na sygnał policjanta kierującego ruchem ulicznym. Z królową, możliwie ładną, którą fotografowano by, jak prowadzi wózek dziecinny po bulwarze, obok innych wózeczków, prowadzonych przez żony zecerów, aptekarzowe. Wyznaje, że wtedy to i on, Jonathan, chciałby mieć takie baby439 i prowadzić je na spacer w wózku, obok setek innych baby, z owym monarszym baby. Ale naprawdę to Jonathan lubi rewolucję, bezrząd i nic. Ktoś opowiadał, że w katedrze prymasowskiej w Toledo podczas oblegania Alkazaru zasiadł na tronie prymasów hiszpańskich i że zastano go później przy biurku Largo Caballero w ministerstwie wojny, piszącego kartki do swych znajomych, w rodzaju „Dear old Tommy440, piszę do Ciebie z madryckiego ministerstwa wojny, które było pałacem duque de la Paz441. Siedzę przy biurku, gdzie jeszcze wczoraj urzędował ten poczciwy Caballero, który teraz jest w Walencji, a ja tu myślę właśnie o tobie, dear boy442!”. To wszystko może nieprawda, ale przypomina to bardzo Jonathana. Jonathan lubi te rzadkie wypadki, gdy walą się ustalone autorytety, a nie zrodziły się nowe. Człowiek-Jonathan naśmiewa się wówczas ze skruszałych potęg: „O wa443, mówi, trwaliście wieki, gięliście karki i zmieniali historię, ale ja was przetrwałem!”. A potem, gdy rodzi się nowa władza, gdy stawia niezgrabne pierwsze kroki, gdy nowi prezydenci prostują po raz pierwszy swe biusty przed aparatem fotoreportera, Jonathan znowu lubi się zjawić. — „Hi, hi, hi — śmieje się krótkim, urywanym śmiechem — gdzie to wynieśli tego pętaka? Więc po to tyle napsuli prochu i krwi, po to poburzyli odwieczne potęgi, żeby tę niedojdę w męże stanu wyprowadzić?” I Jonathan odjeżdża wtedy szybko. Może dlatego, że widział już to, co lubi widzieć, może dlatego, że nowa władza nie lubi tych kpiących, pamiętających niedawne, oczu. Teraz okazuje się, że wyjeżdża z Madrytu. Jak to, dlaczego?
— Widzicie — mówi Jonathan — wszystko skończone.
— Skończone? — dziwimy się.
— Nie bierzcie tego w odniesieniu do szans wojny — mówi Jonathan — mnie wojna nie obchodzi. Ja nie jestem kawiarnianym znawcą strategii. Nie czuję w sobie poronionego Ludendorffa, niewyżytego Focha444. Mnie obchodzi rewolucja. Otóż teraz pewien etap rewolucji już się skończył. Nawet etap dwóch paralelnie445 do siebie idących rewolucji: nacjonalistycznej i proletariackiej. Rozpoczęła się zaś wojna. Mnie ona nie obchodzi, ale jeśli kogo z Was interesuje jej koniec, to również wyjedźcie ze mną. Tu nic nie zobaczycie...
— Ale dlaczego? — pytamy.
— Dlatego — rozumuje Jonathan — że nie jest to wojna hiszpańska. Dlatego — i to jako człowiek uważam za okropne — że o jej losach przestała rozstrzygać ludzka odwaga. Będzie rozstrzygać to, czy jednej lub drugiej stronie — to jest, oczywiście, nie Frankowi czy Walencji, ale państwom faszystowskim względnie Rosji — uda się dostawić odpowiednią ilość tanków i samolotów, czy nie. Czy państwa „wahające się” — Anglia, Francja — ułatwią tę dostawę jednym, czy drugim. Wojna oczywiście potrwa. Potrwa, bo właśnie te państwa które mogą utrudnić pomoc międzynarodową, Paryż i Londyn, nie są naprawdę za żadną ze stron wojujących. Sterują ku jakiejś niezmiernie dziś dalekiej formie liberalnego kompromisu, Londyn monarchicznego nawet, Francja republikańskiego. Nie zechcą tutaj ani komunizmu, ani faszyzmu. Pozwalają, ułatwiają przeciąganie się tej wojny świadomie. Całkiem świadomie. Myślicie, że to przypadkiem w pierwszych dniach, gdy czerwoni zwyciężyli na ulicach i rozgromili wojskowych, dopuszczono do zupełnie swobodnego wspierania Franco z zagranicy? Myślicie, że to przypadkiem pozwolili, gdy podchodził pod Madryt, na te olbrzymie transporty rosyjskie? Myślicie, że to przypadkiem po każdym zwycięstwie czerwonych w tej wojnie nachodzi zwycięstwo białych i odwrotnie? Nie, moi drodzy. Państwa neutralne, państwa „nieinterwencji” prowadzą bardzo systematyczną akcję. Utrudniają pozycję tego, który w danej chwili ma przewagę, i faworyzują tego, który w danej chwili jest słabszy. Dlaczego? Dlaczego? A dlatego, że chcą tu wystrzępić i sojuszników Rosji, i wasali totalistów, zmęczyć kraj wojną, wywołać skłonność do kompromisu, umożliwić jakiś reżym, który byłby „ani rybą, ani mięsem”. Czy im się to uda? Taka gra może się łatwo skończyć przypadkowym fiaskiem. Ale na razie trwa ona blisko pół roku i realizuje jak dotąd zamierzenia neutralnych: nie dać nikomu przewagi pełnej, osłabiać kolejno obie strony, podstawiać nogę chwilowemu zwycięzcy. Otóż, moi drodzy, mnie wojna nie obchodzi. Mnie obchodzi rewolucja. Jeśli kogo z was obchodzi wojna, radzę i jemu wyjechać. Niech ją śledzi na odległość. Z Paryża, Londynu, Genewy. Tam otwierają się i zamykają śluzy dopuszczające do Walencji czy Burgos dopływ tanków, samolotów, armat. Tam reguluje się przewagę na frontach hiszpańskich. Ale mnie nie interesuje to naciskanie gdzieś daleko elektrycznego guzika, który napełnia śmiercią tutejsze elektryczne krzesła. Mnie ciekawi rewolucja. Wyjeżdżam.
— Rewolucja skończyła się, Jonathanie?
— Rewolucja, moi drodzy, przerwała się. Teraz jest antrakt446 wojny. Na razie wiemy jedno. Ze śmiercią Duruttiego zapadł szlaban na jeden z rewolucyjnych torów: w Hiszpanii w każdym razie nie zapanuje Bakunin, „komunizm wolnościowy”, syndykalizm anarchistyczny, FAI. Greenspeen uśmiecha się drwiąco: jest przekonany, że anarchizm był od początku utopią. Powoli, mój mały. To samo mówiono kiedyś o wizji Marksa. Może nawet więcej. Oczywiście to, co zrobiono w Rosji, nie jest komunizmem, ale jest w każdym razie próbą zrealizowania komunizmu. Nie okazało się może, że jest to ustrój lepszy od innych, ale okazało się, że jest on możliwy. Mogłoby tak być z anarchizmem, ale teraz już nie będzie. Nie zdołali wziąć obrony Madrytu w swoje tylko ręce, stracili wodza. A komunizm ma potężnego fora właśnie dlatego, że rewolucja zamieniła się w wojnę, że w wojnie potrzeba tanków, a te tanki dostarczyć może tylko komunistyczna Rosja sowiecka. Nie, moi drodzy. Z czterech gałęzi Frente Popular: republikanów, socjalistów, anarchistów i komunistów dokonała się selekcja sił. Komuniści okazali się najfortunniejsi. Na jak długo? —
Chcecie wiedzieć jeszcze, co na razie skończyło rewolucję? Rewolucję zamknęła śmierć młodego Primo de Rivery. Mam wrażenie, że można go było zawsze wymienić. Niestety, nie byli na to dość inteligentni czerwoni, a byli na to zbyt ostrożni wojskowi. Proszę się nie gorszyć: uważam rozstrzelanie tego chłopca za błąd. Wielki błąd. Usunięto jedynego kontrkandydata do władzy gen. Franco. Odjęto potężny handicap447 falangistom. Falangiści to jedyni współzawodnicy generałów w tamtym obozie. Dziś, gdy nie ma małego Rivery, Franco staje się bardziej niepodzielnym wodzem. Ale też rewolucja tamtejsza z nacjonalistycznej staje się wojskowa, puczowa, generalska. Oto jeszcze skończony etap. Oto jeszcze jedna z możliwości, których odtąd już nie będzie. Widzicie, że z obu stron kandydaci do władzy odpadają kolejno. Anarchizm z Duruttim, nacjonalizm rewolucyjny z Riverą. To tak jak przy wyborach prezydenta: skrutynium448 pierwsze, drugie, trzecie. Może w międzyczasie wyłonią się jacy nowi kandydaci? Ja właśnie wyszedłem po pierwszym akcie. Przyjdę na późniejsze. Goodbye!449