— A tu padł Hans Beimler463. —

Tak. To było tylko przedwczoraj. Biedna Ilza miała opuchłe oczy od łez. Wielki komunista niemiecki przybył tu z Rosji i padł. Podnosimy oczy na Niemców. Stoją trzej obok nas i za nami. O dwie głowy niższy od Steinera jego zastępca patrzy w ten punkt na mapie. Tylko komisarz polityczny Batalionu Thaelmana, Ludwig Renn, ma spokojną, nieruchomą twarz. Jakby nie o tym myślał. —

I my się nic nie pytamy. Ale tamci patrzą na mapę. I Steiner wodzi niezdecydowanie swym krogulczym palcem:

Hier ist der Moor464. —

— Jaki Maur?

Steiner patrzy wciąż na mapę, jakby chciał go wypatrzeć, tego tajemniczego Maura. Nie na nas. Myśli o nim. Jego towarzysz tłumaczy:

— Maur, który zastrzelił Beimlera. On tam jest jeszcze w tych gąszczach. —

Ale zaraz zaczyna mówić Ludwig Renn i wiemy wszystko. Było to po obchodzie linii bojowej. Szli: Hans Beimler, zastępca komisarza politycznego i szef odcinka Steiner. Trzech. Niebacznie wysunęli się tu zanadto. O trzysta metrów są te krzaki, jak w całej Casa de Campo przykrywające teren nierówny, porosły trawą. Jak się jednak może w tym ukryć karabin maszynowy, tego nikt dociec nie mógł od dwóch tygodni. A jednak jest! Wiele razy nie strzelano, nie rzucano bomb zapalnych. Odzywał się znowu. Zawsze na cel już upatrzony, pewny. Zwierzynę, która podeszła blisko. Oddał naraz pięć, dziesięć strzałów — cóż to znaczy dla karabinu maszynowego! — i urwał. Żeby nie zdążono odkryć, skąd bije. Ale też tych kilka kul nie chybiało nigdy. — Hans Beimler. — Patrzymy się wszyscy na tę kartę. Niby niewielkie to miejsce. — Hans Beimler. — Wiem naraz, o czym myśli zastępca Steinera, o czym myśli teraz Ludwig Renn. Że oto jedna kula, jeden przyczajony w zaroślach Maur, Kabyl, Berber półdziki z Rifu465 i zginie taki szermierz, taki mózg jak Beimler. Oto nieprzewidziane wojny. Wiem, o czym myśleć może Steiner. Tego człowieka nęka ów Maur. On chce go wyśledzić. Zniszczyć. Wojna w tym komuniście ocknęła przeszłość drapieżno-zdobywczą, margrafów Geronów i komturów von Plauen466. Te kępy zarośli, rozpływające się w zeschłych trawach wzgórza, trapią i będą trapić komendanta Steinera. Będzie je śledził, będzie je przemiatał karabinem maszynowym, będzie się w nie wdzierał kulami. Unosi się nad nimi myślą jak jastrząb. Wojna naraz i sprawa, o którą wszystko tu idzie, staje się tłem dalszym, bardzo dalekim. Widzę tego człowieka przy mnie, którego myśl waży się nad tamtym miejscem, skąd padają codziennie zdradzieckie, boczne strzały. Zgaduję tego drugiego człowieka, któremu technika uzbroiła instynkt pierwotny w broń, który tam potrafi się przyczaić i przywarowany prowadzi swe łowy. Tylko Maur może się tak kryć w terenie. Czy wyczuwa może, że jest tu inny człowiek, który teraz czatuje nad nim? Czy poczuł, że teraz ocknął się tutaj inny łowiec467, i poprzez wojnę i tysiące ludzi nad tymi wzgórzami, tysiące ludzi będących dla nich tylko sforą gończą, rozegra się oto łowczy pojedynek tych dwóch nieznających się jeszcze łowców?

Jest w batalionie Thälmanna coś, co naprawdę przykuwa. Oto żołnierze. Żołnierzem jest Steiner, żołnierzem Renn, żołnierzami są tu wszyscy. To najlepsze wojsko. Przynosi ono głęboką chwałę swej rasie. Tamto wszystko hiszpańskie walczyło przepływami i odpływami energii, nagłym wezbraniem bohaterstwa, nerwem i podnietą. To nowe walczy samym instynktem wojny, ciągle czynnym, jak silnik wozu. Jest jakaś wojenna największa prostota, jest sprawność, która stwarza pewność. I jeszcze dla innej rzeczy patrzy się na to wojsko z obiektywnym podziwem. Przez skórę tego żołnierza czuje się intelektualistę, człowieka wykształconego. Będą grali w kantynie Szopena i Mozarta, i Griega. Wykupią wszystkie płyty gramofonowe z klasyczną muzyką w Madrycie. Mogliby być z tych ludzi profesorzy uniwersytetów, wykładowcy, erudyci, choć nic o tym teraz nie mówią, a tylko każde ich odezwanie się o najprostszych rzeczach jest jakieś odważone i mądre. Na dziś wkopali się siecią okopów między wzgórza Ciudad Universitaria a El Pardo i Rosales. Oznaczyli swe pozycje dokładnie, pokreślili mapy pedantycznie i czysto. Skąd się tu wzięli, co ich zapędziło? Jak ci ludzie, tak mądrzy i pewni, ponieśli w swoim kraju tak zupełną klęskę? Jak, tak bez walki, dali za wygraną? Jak ich zmożono? Co legło między nimi a Spandawą, rudą Lubeką i zielonym Palatynatem? Po co ci ludzie giną tutaj, pod kulą lada dzikiego Maura z Rifu?

Ale w tej zupełnej zbieraninie ludzkiej, jaka się skleciła na Brygady Międzynarodowe, kolejną po anarchistach z dni pierwszych obronę Madrytu, jeszcze się jedna wyróżnia obok Niemców. I obok nich najdzielniejsza. Jugosłowianie. Dużo Serbów, dużo Kroatów468. Żołnierz niemiecki czyni wrażenie maszyny mądrej, sprawnej, cudownie opanowanej. Jugosłowianie czynią wrażenie wspaniałej ludzkiej bestii. Oto przeciwnik dla Maurów. To znowu żołnierz półprymitywny, radosny w mordowaniu, łowiecki, wypełniony niespiłowanym cywilizacją instynktem. A potem liczna grupa innych Słowian. Cóż, nasi jasnowłosi Słowianie. Coś, co nie jest jeszcze niemiecką mądrością, a nie było nigdy serbską zażartością! Coś, co okrutne, będzie ponure. Waleczne, nie będzie mądre. Coś, co jednym tylko najwięcej będzie znaczyło swój przechód tędy: ścieleniem swoich trupów. Bez oficerów dobrych, tych trupów położą tu najwięcej. Błąka się jakiś wierszyk Konopnickiej: „A na wojnie świszczą kule... Najgęściej, o najgęściej, giną te chłopy”469. Będę we Fuencarralu i będę w Pardo, i wracając do waszej kampanii, już tych samych zastawać nie będę. Będziecie czterema ciężarówkami jechali na linie bojowe, a wracali dwoma. Użyźnicie te jałowe i dalekie grunta, ten piach, pod wierzby tylko, jak na Mazowszu, zdatny, biedną mierzwą470 własnych ciał. Nie było dla was indziej ni miejsca, ni ojczyzny, ni pracy. Ale nie było was także aż takiej liczby nawet, żebyście tu mogli stać się wielcy, jak nie myślą waszą, jak nie potencjałem walki, to chociaż ogromem poległych.