I to, co może jest najwyraźniejsze, to że cały ten Internacjonał składa się z elementów niepodobnych sobie socjalnie. Wojna odsłania to jeszcze. Niemcy to korpus oficerski, to jakaś elita polityczno-intelektualna, imponująca, którą gdy pada, żal najwięcej. To te pułki zaciężnej piechoty niemieckiej z Ogniem i mieczem, które poddać się nie chciały i które w pień wyciął Chmielnicki. Jugosłowianie to coś młodego, co jeszcze przedwczoraj zdawało się chodzić na czworakach i łeptać471 świeżą krew. Marksizm przychodzi do nich, jak do nas przychodziło chrześcijaństwo. Pierwszy uniwersalizm. Jeszcze inni są Francuzi, którzy biją się nieszczególnie. Dyskutująca, nieskrystalizowana masa, półludowa lub półinteligencka. Najzupełniej inni są Anglicy. To jamboree472 narodów obesłane zostało przez nich najskąpiej. Kilkudziesięciu ludzi. To nie ja, to towarzysz X... naśmiewa się z nich, nie bez racji. Oto syn angielskiego lorda. Oto malarz, którego płótna o szczególnej „śmiałości” rzeczy płciowych spotkały się z grzywną sądową. Rodzaj naszego Potockiego of Montalck473. Oto „esteta”. Mówiąc „esteta”, X... mruży porozumiewawczo oczy. Oto znowuż Anglik brodaty. Widział pan kiedy brodatego Anglika? Nie? Więc oto jedyny brodaty Anglik zaciągnął się do Brygad Międzynarodowych. Ze Szwecji przybył syn pastora. W jego rodzinie od dwunastu lat syn najstarszy był pastorem. On właśnie jest takim synem najstarszym i jest milicjantem. X... mruży zabawnie i porozumiewawczo oczy. Nie lubi zresztą i nie rozumie Anglików. Nie. Jest stanowczo zdania, że Wielka Brytania przysłała tu po prostu swój najbardziej... niezrównoważony element. Jakże inni ci Słowianie. To szeregowcy, stawieni tu najliczniej, najbardziej proletariacki żywioł. Ci, którzy najmniej wydają oficerów i najgęściej kładą się pokotem.

Jest przecież w odmienności tych typów ludzkich zagnanych do madryckiego jamboree pewna logika i racja. Oto najmniej stawiły się narody zamożne i szczęśliwe. Wielka Brytania ma niezawodnie proletariat robotniczy dziesięciokrotnie, nie: dwudziestokrotnie liczniejszy od tego z Słowian. A ileż bardziej oświecony i uświadomiony klasowo. Francja. Niemcy. Stany Zjednoczone. To samo. A jednak stamtąd stawia się element zupełnie inny. I mniej liczny. Skandynawia wysyła synów swych pastorów, jakiś element dziwny. A szofer Wysocki dostał już tymczasem porucznika w Kolumnie Mangada. Różne są odezwy, różnie głębokie w świecie. Różne echa znalazło dalekie wołanie Hiszpanii. Różne szramy się otworzyły, różne ukazały się podobieństwa, wyżłobione wstrząsami tej wojny silniej niż historią, etnografią czy geografią. Jeśli istotnie poczyna się tu jakiś świat nowy, to są już w nim jego najlepsi i najmniejsi, jest jakość i liczba, plon dziejów i dziejowa, innym użyźniająca, mierzwa. Jutro będzie miało nie tylko swoich króli. Będzie miało i swoich Stachów. Tyle rozświetla nagła błyskawica wojny.

*

Dziś popołudniu nadleciały samoloty. Byłem wtedy w poselstwie: na jego mansardowym piętrze p. Jeziorańska ma obecnie mały służebny pokoik i używanie kuchenki gazowej, służącej „za normalnych czasów” do zagrzewania żelazek do prasowania. Na razie grzeje na niej jakąś zupę z fasoli. Samoloty zbombardowały przemieście Madrytu Tetuan. Byliśmy tam tegoż dnia i nazajutrz. Składano do trumny drewnianej ciało robotnicy. Miała twarz posiniaczoną, nieładną. Stał obok bezradny mąż, robotnik, ze zmierzwionymi włosami i tępą, smutną bezradnością. Rozwalone przez pół mieszkanie wyglądało na coś najbardziej nędznego pod słońcem. Chciano wynieść trumnę do patio, aby móc ją lepiej sfotografować, z tym trupem. Robotnik nie chciał. Fotografowie z wydziału propagandy upierali się chciwie, natrętnie. Robotnik nie chciał i nie chciał. Ale i oni reflektowali się, że nie warto nalegać. Bywają „lepsze” obiekty. Przypadł wreszcie na ostatnie pożegnanie do brzydkiej, osiniaczonej, stężałej z tymi sińcami głowy i całował ją długo, bez słowa. Trup miał ręce podniesione ku górze. Widziałem, gdy tamten całował, że na palcu kobiety błyszczała niewielka złota obrączka. Fotograf trącił męża i pokazał obrączkę. Ten patrzał, ale nie rozumiał, o co chodzi. Potem jakby coś odrzucił ostro. Podniesiono drewnianą skrzynię, w niej trupa z tą obrączką. Człowiek poszedł do drzwi, potem do wozu, pomagał włożyć trumnę ostrożniutko. Obrączki nie zdjął. Widzieliśmy, jak kroczył pochód powoli, po gruzie leżącym na ulicy, wśród ruin, które rozgartywano474. Ze słupów elektrycznych zwisały druty zerwane. Przez gruz woda przeciekała cienkimi strumyczkami z miejsc, gdzie bomba lotnicza przecięła żyły wodociągu. Wóz jechał, a człowiek szedł za wozem i patrzyliśmy długo. To także wojna obnażyła naraz te rury, otwarła wnętrza domów, rozszczepiła zwartość ścian. To wojna pokazała w błyskawicy nieszczęścia wielką duszę tego szarego człowieka. Szedł tam zniszczony i złamany. Jego szczęście to była ta nieładna, brzydka prawie kobieta, która nawet dla fotografów zgrozy nie miała dość ciekawej twarzy. Tak mało i tak wiele. Jego majątek i złoto to była ta obrączka, która zejdzie teraz w ziemię. To w ludzi najlepszych czasem i najprostszych biła nieszczęściem ta wojna.

*

Pojechałem do Pozuelo. Jest to za mostem Ferdynanda, ku drodze na Escorial, szereg pozycji rządowych wżartych w teren faszystów. Było po południu. Zaszedłem sam z milicjantem do komendy. Mieściła się na dawnej plebanii. W porze poobiedniej nie było nikogo. Weszliśmy niepostrzeżenie prawie. W sali przez drzwi otwarte widać było kapitana armii hiszpańskiej, jak z pomocnikiem coś segregował. Milicjant zerknął i mrugnął porozumiewawczo. Popatrzałem. Właśnie segregował, odkładając na dwie kupki, srebra kościelne. Brali monstrancje, kielichy i pateny, oglądali, szukali śladów próby stopu, zawartości złota. I stosownie do odnalezionej wskazówki odkładali. Po chwili spytali, o co nam chodzi. Milicjant powiedział, że jestem dziennikarzem zagranicznym, a on jest z ministerstwa wojny. Wywołało to niemiłe zakłopotanie. Oficerowie stali wśród tych rzeczy kościelnych, porozrzucanych, lichych i tanich. Cóż to mogła być zakrystia w Pozuelo. Byli to najniewątpliwiej wojskowi. Wojna jeszcze jednym przeszła tędy rozdarciem. Jeszcze jedne stworzyła możliwości, jeszcze jedną wykonała ludzką próbę. Przypomniała się Andaluzja. Montoro, El Carpio.

*

Mieszkam w domu, którego całe piętro stanowi jedno wspaniałe, a dziś przeraźliwie zimne mieszkanie. Węgiel mają tylko władze i ambasady. Mymi przyjaciółmi są dwaj ludzie, z których jeden przynajmniej nie wyjdzie żywy z tej wojny. Mieszkanie należało do naszego konsula honorowego, wielkiego przemysłowca, który uciekł nazajutrz po zabójstwie Calvo Sotela. Żeby je uchronić od „rekwizycji” pozostały tu szwagier postarał się o wprowadzenie polskiego konsulatu z innego biura konsula. Zajęto dlań jeden pokój. Żeby wszystko wyglądało lepiej, prosił p. Jeziorańską, pracującą w konsulacie, żeby przeniosła się tu na stałe. Byłby tu jeden autentyczny Polak. Wreszcie tym firmującym Polakiem na jego zaproszenie stałem się ja. Szwagier to mój pierwszy przyjaciel. Chodzi teraz w odznace któregoś z czerwonych związków zawodowych. Drugim moim przyjacielem jest dozorca domu. Wieczorem, jeśli wracam z objazdu jakiego frontu, pyta zawsze o nowiny. Nie można mu dawać złych. Ci dwaj ludzie wiedzą o sobie wszystko. Milcząco nie cierpią się nawzajem. Wiem, że w niejednym domu madryckim są takie jeszcze niewybuchłe nienawiści, że inne takie same poznaczyły się wyrokami śmierci, a w razie wkroczenia tamtych, jeszcze poznaczą. I mierzę raz jeszcze ogrom ofiar.

Nie myślcie, że morduje się arystokratów i komunistów. Nie myślcie, że nocne wywiezienia za miasto, passeita, z kulą w ciemię, są formą walki proletariatu z burżuazją. To, co piszą dzienniki barcelońskie, walencjańskie, madryckie, to, co mówią ludzie, świadczy, że sięga to dalej i jest mniej proste. Tak walczą dwie wielkie siły zawodowych zrzeszeń: marksistowskiego UGT — „Unión General de Trabajadores”, anarchistycznego CNT — „Confederación General del Trabajo”. To walczą rywalizacje zadawnione w łonie samych mas urzędniczych. To zderzają się porachunki stare, nic z żadną polityką wspólnego niemające. Passeito zastępuje dziś równie dobrze samosąd partyjny jak pchnięcie nożem za odbitą w tańcu dziewczynę, wymierzone o bladym świcie przy wyjściu z ulicznego szynku. Na samosądach tych w okresie dyktatury opierała się ponoć policja Martineza Anido475. Ale dziś nie ma Martineza Anido i nie ma dyktatury. Samosądy tamte przeszły na obecne passeita.

*