Zapada noc, orientujemy się po skłonie drogi, że zjeżdżamy dokądś. W dwóch rzędach nikłych światełek widnieje uliczka niewielkiego puebla, Motilla. Jesteśmy jeszcze w pełnej Manchy. Rozprostowujemy nogi po niewygodnym stłoczeniu między walizkami, składamy rzeczy w komendzie postojów, idziemy do gospody. Jest to niewielka, grodzona murem posada — tym słowem o polskim brzmieniu określa się tutejsze oberże — niczym owa pamiętająca Don Kichota, w której spędziłem noc w niejakim Toboso... Jest wielka rzecz: można jeść. Nad ogniskiem kapie rumieniący się tłuszcz z połci młodego barana, pachnie atmosferą imć pana Reja i sieura550 Rabelais551. Przypętuje się naraz jakiś intelektualista. Jutro i on ma jechać z nami. Ten znowuż od razu jest na „ty”, co brzmi dużo mniej przyjemnie niż „tykanie” robociarza ze służby ewakuacyjnej, tego, co chciał mnie dostawić do Albacete. Intelektualista jest biologiem, był cztery lata w Indiach i wygłasza o nich głupie komunały. Jest tu przy Instytucie Transfuzji Krwi, założonym przez kanadyjską Socorro Rojo. Tłumaczy mi cele Międzynarodowej Pomocy Czerwonej, owej organizacji, która robi tu niewątpliwie dużo dobrego dla rannych, ale też niewątpliwie jest próbą zacieśnienia miłosierdzia do granic klasowości. Mówię mu coś na ten temat, przeciwstawiam bezklasowy i ponadnarodowy Czerwony Krzyż. Intelektualista — tak sam się przedstawił: estoy intelectual — zapewnia gorąco, że Socorro Rojo jest apolityczne: przecież, mówi, nie czyni różnicy między anarchistami i socjalistami, komunistami ortodoksyjnymi i nawet trockistami. A zatem nawet ranny w boju trockista może być w drodze wyjątku — pewne to nie jest — opatrzony przez Socorro Rojo...

Płonie wielki ogień na kominie, a my z Madrytu nie jemy, ale żremy łapczywie. Ładna służąca manczegska śmieje się, my jemy dalej. Czy w Madrycie był głód? Głód i nie. Ale przez dwa miesiące coraz bardziej rzedły porcje mięsa, aż znikły zupełnie, nie było tłuszczy, brakowało cukru, coraz rzadszy stawał się chleb. Inni dziennikarze zagraniczni korzystali bądź z obfitych zapasów swych poselstw, bądź, jako partyjni, z komunistycznej gościny towarzyszy. Moje kartki obiadowe otrzymałem dopiero niedawno. Nie byłem dosłownie głodny, ale w pokarmie brakowało wszystkiego, co pożywne. Odsuwam talerz, czuję się nieprzyjemnie ociężały, i naraz robi mi się wstyd. Wstyd nie tego, że opuściłem Madryt, ten Zbaraż552 Hiszpanii — pojadę do osaczonego Bilbao, na północ, samolotem — wstyd, że się tak z tego cieszę. Zwlekamy się ociężale po schodach, na górę, do swych pokojów. Pokoje są małe i brudne jak w żydowskim zajeździe dawnego Wołynia. Na dziedzińcu oberży mijamy samochód, który zwraca naszą uwagę, którego nie było przed chwilą. Jest to czarna limuzyna, silna, krótka, bez żadnych rewolucyjnych godeł. Tylko na szybie okna błyszczy czerwony napis, drobny, ale wyraźny: „Embajada Sovietica553. Znów myślę o Madrycie i znów jest mi przykro.

*

Rano wczas trzeba wyruszyć. Na rynku Motilli stoją te same rosyjskie „gruzowiki”, które wzniecały wczoraj zainteresowanie mych towarzyszy drogi. Kontroluję z szoferami tamte informacje. Zgadza się. Tych 50 litrów na godzinę to koszt, który może zaciążyć na szali wojny. Szoferzy krytykują samochody i z innych powodów, które przy mojej dorywczej znajomości hiszpańskiego nie pozwalają uchwycić dokładnie sensu owych technicznych braków. Odczuwa się u tych ludzi jeszcze coś więcej. Jakiś zawód, jakby rozżalenie, zniechęcenie. Niepytani, zaczynają wychwalać ciężarówki niemieckie. To, to maszyna. Nie wiem czemu, ale myślę, że żołnierze na froncie madryckim tak by nie mówili. I nie wiem czemu, opuszczam Motillę jakby przybity i witam się bardzo niechętnie ze swym wczorajszym towarzyszem drogi. Zmieniliśmy samochód, powoli zmieniamy i krajobraz. Rozległe pola spadają w głęboki kanion jakiejś rzeki, której przeciwległy brzeg fortyfikuje właśnie kilkuset chłopów. Jeżeli Madryt padnie... Ale potem zaczyna się droga przez dolinę walencjańską, huertę pełną gajów pomarańczowych i winnic. Małe pola, jak strzępy i szmatki, wszystkie grodzone kamieniami. Mury kamienia polnego niwelują teren w stopnie i tarasy, podwyższyły go w jednym miejscu, obniżyły w innym. Jest to kraj średniej, niewielkiej, ale samowystarczalnej własności, kraj zamożnego walencjańskiego chłopa.

Wszczyna się spór o przyszłość tego kraju. Będzie czy nie będzie kolektywizowany? Dziwnym trafem intelektualista, wtłoczony między mnie a mego wczorajszego towarzysza, i ten właśnie towarzysz, ów od krytyki samochodów sowieckich, tworzą wspólny front, że będzie, ja zaś z szoferem i milicjantem jesteśmy innego zdania. Że nie powinien być kolektywizowany. Zajeżdżamy do miasteczka. Jest niedziela rano, i w małym café siedzą chłopi. Dyskusja przenosi się z samochodu do nich. Nie, oni nie są za kolektywizacją, raczej nie, tu nie będzie kolektywizacji. Mają być przecież kolektywizowane latyfundia i ziemie źle gospodarowane, a czyż tutaj źle gospodarują? Co najwyżej grunta tych, co nie głosowali za Frontem Ludowym, odbierze się ich rodzinom i odda bohaterom rewolucji...

Intelektualista z Socorro Rojo zapewnia, że kolektywizm będzie powszechny. Wczorajszy mój towarzysz jest przepojony kaznodziejstwem. Tak, niezawodnie będziecie skolektywizowani — tłumaczy chłopom. „Musicie być”, „wszystko wam zrobimy”, „będziecie”. Nad kubkami kawy w małym café zaczyna robić się milcząco. Jakby ponuro, nawet groźno. Tylko mój wczorajszy towarzysz gramoli się z powrotem do samochodu z jakąś cichą, wyraźną radością...

Droga jest coraz bardziej pełna samochodów, małe pola coraz piękniej uprawne, jak ogrody, jak w Niemczech. Wieje zimny wiatr — bliskość morza, jaśnieje wielką plamą Walencja. Samochód wyładowuje mnie przed pałacem, na którym czerwienieje świeżą farbą szyld ministerstwa. O kilkanaście kroków stąd w innym pałacu o chłodnych salach — ministerstwo spraw zagranicznych. Moi polscy znajomi z cenzury czekają mnie od paru dni, witamy się jak starzy przyjaciele, idziemy do hotelu szukać pokoju — jest o to trudno — schodzimy pogadać w jakiejś kawiarni. Można tu wszystkiego dostać. Słońce i pogoda. Na placu gra muzyka, faluje tłum. Znowu radość, wielka radość, że się nie jest w Madrycie. I znowu ten sam co już wczoraj wieczorem, dziwny wstyd tej naturalnej — czemuż więc tak zawstydzającej? — radości.

Dwa dni czekania na listy polecające, papiery, formalności, szwendania się po mieście, w którym wszyscy jakby się szwendają, odchodzenia od rewolucji, wojny, nocnych strzelanin, Madrytu. Jakaś Kapua554 rewolucji, beztroska, obżerająca się, niezdrowa. Ten komandor ze złotymi szlifami na granatowym rękawie munduru to dowódca eskadry samolotów bombardujących, Malraux. Ten pan w karakułowym kołnierzu, dziwnie brudny i zatłuszczony — Erenburg. Wystawy sklepowe aż pęcznieją masłem, rybami, cukrem, czekoladą, mlekiem, ale wszyscy wiemy, że wieczorem bywa trudno o chleb, że wszystko drożeje, że są już ogonki. Ta świadomość przyśpiesza niemal i podwaja radość życia. Wszyscy się cieszą. Wielki plakat na plaza de Espana przypomina, że nieprzyjaciel jest w Terruel, o 150 km od Walencji. Żaden plakat rewolucyjny nie zatrzymywał przy sobie mniej ludzi niż ten właśnie. Rewolucja powinna się modlić, żeby w to miasto uderzył choć jeden pocisk armatni, choć jedna bomba lotnicza, żeby ci ludzie stali się podobniejsi do tamtych z Madrytu. Ale niebo południa jest jasne i ciche. Rozpogadza, rozleniwia, rozzłaca.

*

Pociąg do Barcelony odchodzi z czterogodzinnym opóźnieniem, w drodze dorabia do tych czterech trzy dalsze. Na życzenie baskijskiego ministra w gabinecie Largo Caballero otrzymam tutaj listy do rządu Euskadi, tego państewka Basków, rządzonego przez katolików, nacjonalistów i konserwatystów, które opowiedziało się po stronie Madrytu. Barcelona jest zupełnie inna niż tamta z dni wrześniowych. Nie ma ludzi z karabinami na ulicach, mniej plakatów, normalniej. Wyższe ceny żywności i mniej jej w sklepach. Kursują nowe taksówki, pomalowane w barwy anarchistyczne, czerwono-czarne, będące teraz przedsiębiorstwem związku narodowego CNT. Prawie cały przemysł prócz zagranicznego i zupełnie drobnego jest wywłaszczony i pozostaje w zarządzie syndykatów. Madryt był wojenny, Walencja beztroska. W Barcelonie rewolucja zaczyna się organizować, żyć. W inny sposób, ale i tutaj także mało myślą o tym, co dzieje się tam. Z roku 1918 chcieliby zaraz skoczyć w drugi rok piatiletki.