I nawet nie wiem, czy mimo wszystko, wbrew wojnie, Pirenejom i sześciu tysiącom kilometrów, nie znaleźli się już tymczasem w régime’ie piatiletki. Są jeszcze sztandary anarchistyczne i pozdrowienie anarchistyczne — salut dwóch rąk złożonych w uścisku i wyciągniętych nad głowę, najdziwaczniejsze chyba z rewolucyjnych pozdrowień — widzi się jeszcze czapki frygijskie555 u robotników, kurtki szoferskie czekistów Dzierżyńskiego556, ale wieje nad tym wszystkim, tu w Barcelonie, po raz pierwszy powiew dalszych etapów rewolucji, „w dwadzieścia lat później”. Na wielkim plakacie ulicznym postępują obok siebie dwaj ludzie — prezydent Katalonii Companys557 i konsul sowiecki Owsiejenko. Jest i inny plakat: autograf Owsiejenki. Trzeci: kursów rosyjskiego pod protektoratem Owsiejenki. Lokal młodzieży trockistowskiej rozgromiono, z Madrytu dochodzi wiadomość o zawieszeniu organu anarchistów. 7, 8, 9, listopada to oni właśnie, surowi ludzie w czerwono-czarnych czapkach, osadzili pochód na Madryt. Ale odtąd przyszło wiele tanków, wiele samolotów, wiele amunicji i techników. Przyszły wielkie ciężarowe samochody, o których z niechęcią mówiono w Motilli. Trzeba było za to wszystko zapłacić, i zapłacić nie tylko pesetą złotą w złocie. Tanki i samoloty, karabiny maszynowe i armaty zanim zetrą się z faszyzmem, druzgocą po drodze coś innego jeszcze. Anarchistycznego konkurenta, socjalistycznego odstępcę, trockistowskiego zdrajcę. To nie tylko zapasy doskonałego masła i mniej doskonałych konserw alimentują558 Lewant559 hiszpański. To jeszcze cały bagaż myślowy, pojęcie socjalzdrajcy, herezji i „ukłonu”, czystki partyjnej i generalnej linii, załadowano w portach Odessy i Leningradu. To stare porachunki tamtej rewolucji, w zamian za tanki, w zamian za techników, w zamian za samochody i za masło, zaczynają regulować stalowym uściskiem sprawy rewolucji hiszpańskiej.

W witrynie jakaś twarz znajoma, człowieka, którego nigdy nie widziałem za życia. Teraz już nie żyje. Zapominam, jak się nazywał niegdyś. Od lipca ubiegłego roku znany był pod nowym przezwiskiem: negusa560 milicji aragońskich. Na tysiącach fotografii prasy paryskiej, londyńskiej, madryckiej uśmiechała się ta twarz zwykłego milicjanta z kolumny Durrutiego, istotnie dziwnie podobna do nieszczęśliwego władcy Etiopii i temu właśnie podobieństwu zawdzięczająca swą popularność. Fotografowano wszędzie negusa, a oto negus już nie żyje, padł na linii. To nie jest wielka strata, nawet żadna. Takich jak on podniesie się tysiące z zapomnianych puebli i jak on tysiące położy się w płytki grób. Ale ten człowiek-maskota, ludzka Baśka Murmańska561, przez swój traf podobieństwa bardziej uważany za wcielenie przypadku niż za żywego człowieka, teraz po śmierci uświadamia i uprzytamnia raz jeszcze ogrom strat ludzkich tej wojny. Przypominają mi się odwiedziny co parę dni w formacjach przyfrontowych. Zawsze brakowało, zawsze i szybko ubywało znajomych twarzy. Ostatnim razem zaszedłem znowu w X... do jednej z kompanii. Kwatera była ta sama i lokal ten sam, na drzwiach ten sam napis kredą: „Kompania...”. Wewnątrz poznał mnie tylko jeden, niepoznany przeze mnie, człowiek. Nie byłem w kompanii od sześciu dni. Jeśli wrócę do nich za trzy tygodnie — czy kto mnie w ogóle pozna?!

Jeszcze jedna wiadomość o śmierci, jak negus znajomego i obcego. Dziwna rzecz. Padł na froncie najlepszy zastęp anarchistów, padł ich człowiek, który wziąwszy komendę w ręce, ocaliłby Madryt — Durrutti. Po anarchistach partia, która najwspanialszą ekipę ludzką oddała śmierci w boju, to trockiści. Wyklęci z III Międzynarodówki, uczniowie Zinowjewa562, prześladowani już i tutaj, dali z siebie najwięcej. Padł Joaquin Maurin563. To ten właśnie, znajomy i obcy. Autor najdziwniejszej książki, jaką czytałem w życiu. Człowiek, który rozwój wypadków przewidział niesłychanie jasno, aż do końca. Marksizm jako doktryna wydaje czasem takie dzieła, logiczne, przemyślane, operujące faktami, zapadające aż w drobiazgi, ale niespuszczające nigdy z oczu głównych linii, właściwych celów. Książka Maurina Ku drugiej rewolucji była może najlepsza z tej serii. Pisana w okresie po załamanej rewolucji górników w Asturii, za wspólnych rządów Gil-Roblesa i Lerroux, masona i katolika, w erze represji, zgłębiała przyczyny porażki rewolucji, analizowała błędy socjalistów, komunistów, anarchistów, dawała istotny — o, wcale nie demagogiczny — obraz wadliwej struktury kraju, sumowała konsekwencje klęski gospodarczej i wreszcie konstruowała, aż do szczegółów, cały montaż przyszłej rewolucji. Wszystko było w tej książce odsłonięte, jak maszyneria zegarka. Rok i osiem miesięcy temu można było korzystać z jej obliczeń. Maurin dostrzegł i wpoił w swych ludzi przekonanie, że nowa rewolucja się załamie, jeśli się nie oprze na niezwykle szerokiej płaszczyźnie, jeśli nie ogarnie nie tylko marksistów, ale nawet nacjonalistów, nawet katolików, nawet konserwatystów, jeśli nie zrobi miejsca dla demokratów, dla drobnej, średniej burżuazji, nawet dla przemysłu. Ludzie Maurina zrozumieli to dobrze, bo czytali książki, ludzie ze świata Queipo de Llany nie zadali sobie innego trudu niż umowy o dostawę tanków.

Dziś baskijscy katolicy i zachowawcy walczą po stronie czerwonych. Jadę do dziwnego kraju Euskadi, z jego najlepszym duchowieństwem w Hiszpanii, tradycjami i świętym dębem sądów królewskich, ze wspaniałą heraldyką pieczęci na salvoconduccie564, z wpisanym weń uroczyście „de”. To „de” dano mi na oko, nie pytając, z własnej inicjatywy. Przy polskim nazwisku wygląda oczywiście dość głupio. „Cóż pan chce, oni tam w Bilbao to lubią i bardzo na to zważają!” — odpowiedziano mi w ministerstwie Alvareza del Vayo. Otóż nawet tych szlachciców i tradycjonalistów potrafili postawić w okopach przeciw sobie tępi wodzowie prawicy. Dziś tej ślepoty nie zatrze największe bohaterstwo karlistów czy kadetów, a nie wiemy, czy jej skutki naprawi siła. Kiedyś, jeszcze bardzo niedawno temu, wystarczało na to tak, zdaje się, niewiele. Trzeba było trochę patrzeć, nieco rozumieć, a także — choćby czasami — czytać.

W walizce z książkami mam jeszcze tę świeżą książkę Maurina z jej przedziwnie jasnym wykładem i logiczną argumentacją. Myślę o tym, że mózg tego człowieka musiał być jak wnętrze zegarka, dokładny, niezawodny, mądry, myślę, jak to było, gdy taka zwyczajna sobie i głupia kula z mitraliezy wżarła się w te zwoje i tryby, myślę, jak to być mogło, gdy rozluźnił się uchwyt dłoni u zamka karabinu, a mętność mgława stanęła między oczami i światem. I myślę o tym prostym cudzie, że pomimo tej kuli przypadkowej, zwykłego hebla rewolucyjnej walki, nie przestał żyć i funkcjonować tok myśli wyciśnionych czcionkami tej książki, podobnie jak nie przestały się posuwać wskazówki zegarka wprawione w ruch wczoraj przez kogoś, którego dzisiaj już nie ma. Jak przed rokiem, kieruje jeszcze społeczną strategią rewolucji, dowodzi zza grobu.

Rano odchodzi pociąg do granicy. Za dwa tygodnie będę tu z powrotem, ale za dwa tygodnie może już być inaczej, jak teraz jest inaczej, niż było trzy miesiące temu. Od czego zależy los tej wojny? Los wojny nie zależy od obrony Madrytu. Los wojny zależy od tego, czy armia rewolucyjna, czerwona, będzie zdolna wykonać atak flankowy na którymkolwiek innym froncie, aragońskim lub południowym, Guadalajary czy Talavery. Czy wyrzuci na fronty rezerwat tych olbrzymich mas ludzkich, jakie wciąż posiada. Madryt może się bronić: nie może atakować. To nie od Radzymina, ale znad Wieprza wyszła polska kontrofensywa 1920 roku. Tylko że tu jesteśmy świadkami nieufania niczemu i nikomu. Tylko znowu tanki sowieckie strzegą się anarchistów, podcinają grunt trockistom. W wielkim bloku Frontu Ludowego, w zwartej bryle rewolucji ciężki kilof pomocy rosyjskiej zaczyna sobie wyrębywać własną dziedzinę, poszerzać swą bezpośrednią podstawę, rozbudowywać przyszłe władztwo centralnego komitetu wykonawczego, w nim przyszłe dowództwo sekretarza generalnego partii i... I sterujemy z tym zwycięstwem ku nowej kolektywizacji par force565, ku nowym piatiletkom w cztery lata, nowym procesom Ramzina566 i Zinowjewa, nowej deifikacji567 genialnego wodza, nowemu podziałowi dziejów świata i kultury na okres przedstalinowski i postalinowski. Masy? Tak, masy tego nie widzą. Czy masy wiedzą, co to termidor568, żeby mogły w zarysach Kremla odnaleźć nowe dekoracje wiecznie tej samej tragedii konwentu? Czy potrafiłyby w swych mózgach zbliżyć obie epoki, zestawić je z tym, co się tutaj zaczyna przygotowywać? Nie, masy tego nie widzą. Ale przywódcy widzą to już bardzo dokładnie. Dostawca tanków chce mieć nową rewolucję proletariacką, wyciosaną na obraz i podobieństwo pierwszej. Na obraz i podobieństwo tego, co sam zrobił. Taką albo żadnej. Być może, że — dziś jeszcze nie, ale za tydzień, za dwa i za trzy — usłyszy rzucone mu w odpowiedzi: „żadną, jeśli taką”.

Troski pierwszej linii bojowej nie są dziś troskami zaplecza. W Santa Maria de Almeda, w Buitrago przed Somosierrą, w Pozuelo błogosławiony jest każdy tank sowiecki, każdy cekaem. W Barcelonie za te tanki w Pozuelo i za te cekaemy u wylotu Somosierry trzeba już płacić. Dzieje się rzecz dziwna. Każde morze i każda cieśnina, wszystkie Kattegaty i Bosfory, granice, góry i tysiące kilometrów, dzielące Hiszpanię od kraju Sowietów, oceniane z pierwszej linii bojowej, były ciężarem i utrudnieniem, były odczuwane jako przeszkoda na drodze rewolucji. Nie wiem, czy tu z daleka od frontu a bliżej zasięgu wpływów nie staje się inaczej. Te morza i cieśniny, te dziesiątki granic i tysiące kilometrów zaczynają stawać się ochroną rewolucji hiszpańskiej. Przestrzeń sprawia, że może ona jeszcze toczyć się własnymi drogami, że mimo wszystko istnieje jeszcze wspólny nurt tej rewolucji, że jeszcze anarchiści nie gniją w izolatoriach, a zwolennicy formuły „socjalizm w całym świecie” nie zostali wytraceni jak zwierzęta. Nie wiadomo zresztą, kto tu widzi dobrze, ludzie z Pozuelo czy ludzie z Barcelony, nie wiadomo, szczęściem czy też nieszczęściem rewolucji hiszpańskiej jest to, że jej protektor jest tak daleko. Być może, że pytanie to można sobie sformułować inaczej: co stanowi o zwycięstwie każdej rewolucji? Oręż, w który ją uzbrojono, czy zapał, którym płonie, tanki czy entuzjazm wybuchu, niczym niezmącone poczucie, że walczy się o przyszłą i niezawodną wolność, czy po prostu spokojna żołnierska pewność, że nie zabraknie amunicji w okopach?

Pani Andrée Viollis569 przybyła niedawno do Walencji i napisała tu dla dzienników jakieś zdanie o Napoleonie, „faszyście avant la lettre570”. Zdanie jest niewątpliwie niemądre. Można oczywiście widzieć w Napoleonie człowieka, który ustawił młynek swojej kariery nad grzmiącym potokiem rewolucji, ale niewątpliwie to on, ujarzmiwszy ją, uderzywszy w lewicę i prawicę, w wygnanych książąt i jakobinizujących generałów, rozniósł jej zasady po szerokim świecie pobojowisk. Ten sam spór może z powodzeniem odżyć dziś o Stalina, bo niewątpliwie armatura rosyjskiego przemysłu wojennego, dzieło piatiletek, a więc dzieło Stalina przeciw Trockiemu, wyposaża teraz Hiszpanię i umożliwia jej opór, daje to, czego by nie mogła np. Rosja 1925 roku. Ale jednocześnie z tą pomocą przesuwa się przez Pireneje cień, który zatrważa na przyszłość. Sawinkow571, bunt marynarzy kronsztackich572 i — jeszcze raz powróci to nazwisko — Zinowjew. To wszystko są nazwy bardzo rosyjskie, to prawda, ale któż zaręczy, że kiedyś nie przyjdzie w ich miejsce podstawić nazwisk hiszpańskich? W momencie gdy ważą się losy wojny, gdy chodzi o to, czy rewolucja jest w stanie, jak kilka miesięcy temu, wyrzucić na front olbrzymie masy — a rewolucja ma te masy, jedna Katalonia bez żadnej trudności może dziś jeszcze rzucić 100 000 żołnierza, i to żołnierza przeszkolonego — takie myśli i obawy na przyszłość mogą wiele zaszkodzić...

Droga wije się szlakiem bombardowanym niedawno, granicę mija się niepostrzeżenie, znikły komitety inwigilacyjne, kontrola odbywa się szybko, uprzejmie, sprawnie. Potem jest mały pociąg francuski, który sunie wolno, przystaje na każdej stacji. Wchodzą jakby oderwani przed chwilą od pracy w winnicach i ogrodach, malutkich, pasemkami tarasów krających góry, wypielęgnowanych jeszcze staranniej i pilniej niż tamte pod Walencją. Ludzie pytają o Madryt i mówią o Madrycie. To przecież także katalończycy (francuscy), także robotnicy i chłopi, także głosowali na Front Ludowy. Na tych ludzi czekają w Hiszpanii. Ci ludzie, czy pójdą? Nie, ci ludzie nie pójdą. Ci ludzie zrobią wszystko. Będą wygadywali na rząd Bluma573, że jest małoduszny, będą chwalili innych, że walczą, będą tam delegowali własnych i cudzych bezrobotnych, będą podziwiali ochotników z Perpignan574, którzy biją się w Aragonii, złożą się na zabawki dla dzieci hiszpańskich, wezmą udział w meetingu. Ale zapytani konkretnie, zawsze odpowiedzą, że ani sami nie pójdą, ani Francji w to nie wpakują. Zawsze się w takich razach znajdzie tysiąc racji, i wszystkie doskonałe. „A czy Hiszpanie poszli nam na pomoc w roku 1914?”. Czy sami nie robili wtedy interesów z Niemcami, nie zarabiali na wojnie? Czy koniecznie musieli dostarczać materiału do gräuelpropagandy575 faszystów? Czy sami nie mogą sobie radzić? Ludzie wysiadają potem o dwie, trzy staje dalej. Interesy tych ludzi, gens du terroir576, nie prowadzą bowiem daleko. Wsiadają na ich miejsce nowi i tacy sami, i ich rozmowy są tak podobne do tamtych, jak podobne są jedne winnice do drugich. Nie, ten kraj i ci ludzie nie przejdą Pirenejów, wy w Hiszpanii na nich nie liczcie.

Jest mrok i wszystko roztapia się w ciemności, ciemność za oknami zamazuje wszystko. O takiej porze w Madrycie poczynają najpierw grzmieć baterie narodowców z Cerro de Los Angeles, potem biorą górę ciężkie działa rządowe z parku Retiro i zaraz zaczyna grzechotać ogień karabinów maszynowych w Casa del Campo, Rosales, Puente de los Franceses. Wielkie miasto przeżywa swe bohaterstwo powszednie. Jakie to się wydaje dziwne i niezrozumiałe, że dziś nie jest jak co dzień. Madryt. Madryt.