Była pierwsza w nocy, gdy dobiliśmy do brzegu. W drewnianej hali ze świeżych desek odbyła się kontrola, dość niewprawna i powierzchowna, bardzo uprzejma. Kiedy wyłoniły się jakieś trudności paszportowe, wdał się w rozmowę nasz ksiądz i to poskutkowało. Ponieważ przybiliśmy do brzegu w Las Arenas, willowo nadmorskiej przyległości Bilbao, odległej od niego o kilkanaście kilometrów, i ponieważ tramwaje nocą nie chodzą, wynikły z kolei trudności z noclegiem. Ksiądz okazał się znowu wszechmocny. Wraz z nim i jego znajomym z urzędu celnego przeszliśmy do sąsiedniej bardzo ładnej willi, zajętej dla celników. W pokoju, który nam dano, brakowało nieco mebli, ale panował porządek. Nad łóżkiem wisiał duży obraz Matki Boskiej Bolesnej, na co ksiądz zwrócił nam uwagę.
Rano raz jeszcze ofiarował się ze swą pomocą, biorąc nas do samochodu i odwożąc ze sobą. Pokazał, przejeżdżając, kościół, w którym tegoż rana odprawił mszę świętą, i najwidoczniej podkreślał nam jak mógł wolność kultów zachowaną przez Euskadi. Przejechaliśmy przez miasto fabryczne, źle zabudowane, nieładne, wciśnięte między góry zieleniejące wiosenną trawą a sady zaczynające kwitnąć. Ksiądz złożył swoje rzeczy w plebanii małego kościołka, z zakrystią jak wszystkie zakrystie. Właśnie paru księży modliło się po mszy. Odjechaliśmy do centrum miasta, gdzie nad gmachem wielkiego hotelu wisiały dwa sztandary: republiki hiszpańskiej i kraju Basków. Naprędce utworzona gwardia w ciemnogranatowych mundurach, z czerwonymi wyłogami i w ogromnych beretach trzymała wartę. Na nasz widok, a raczej na widok naszego księdza, sprezentowano broń. Przeszliśmy korytarze pełne ludzi, zadymione. Lśniły tylko nowe witraże w klatce schodowej, noszące już owieńczony dębem herb kantonów baskijskich. Przeszliśmy do apartamentu, nad którego wejściem widniało: „Jefe de relationes extranieros”. Szef stosunków międzynarodowych młodego państwa było to coś pośredniego między Beckiem, Przeździeckim i Święcickim; nieco minister spraw zagranicznych, trochę szef protokółu, trochę szef prasowy. Nazywał się Bruno de Mendiguren. Przyjął nas po chwili w swoim gabinecie. Był ze swym sekretarzem na ty, a do nas zwrócił się z najbardziej ujmującym szczerym i prostym uśmiechem, jakim kiedykolwiek zwracał się do ludzkości szef prasowy jakiegokolwiek państwa. Nie miał lat trzydziestu, a wyglądał na mniej. Obrączka na palcu z trudem podtrzymywała powagę tego młodocianego dostojnika. Przypominał może nieco z rysów twarzy Edwarda VIII. Nam jednak przypominał w dziwny sposób różne nasze akademickie władze z bratniaków606, bibliotek słuchaczy prawa, mens akademickich. Nad jego biurkiem wisiała fotografia innego młodego człowieka. Mógł mieć lat trzydzieści trzy, cztery. Wyglądał tak właśnie, jak wygląda, fotografując się po raz pierwszy po swoim wyborze, jakiś Kurcyusz, Wisłocki czy Dembiński. Jak prezes bratniaka. Był to prezydent Euskadi. W korytarzach barcelońskiej generalidad widziałem ludzi takich, jakich widuje się w dymie kawiarń, w gwarze niekończących się rozmów na niezgłębione tematy. Ludzie ci byli ministrami rewolucyjnej Katalonii. Z limuzyn przed pałacem ministerstwa wojny w Madrycie, gdy szedł od Getafe huk armat, wysiadali ociężali i podstarzali politycy partyjni, Caballero, Prieto607, Azana, del Vayo, wieloletni redaktorzy i posłowie, dla których ciężar wydarzeń, wielkość odpowiedzialności i władzy przyszła pospołu z siwizną, z tyciem, początkiem sklerozy, za późno. To same brzemię władzy opadło tutaj na ramiona młode, prawie młodziutkie, pewno za słabe. Te ramiona może się pod tym ciężarem ugną i złamią. Może dojrzeją i okrzepną. Nie wiemy, zobaczymy. Na razie jest to jedyna część Hiszpanii, gdzie to, co doszło do głosu, to, co rządzi, jest pokoleniem młodym, pokoleniem moim. W Polsce to pokolenie skrępowano nawet w dziedzinie rządzenia bratniakami. Tutaj, w Euskadi, ono kieruje państwem.
Napisałem: państwem. Czy nie przesada, gruba przesada? Co im dał Madryt w dniach, gdy w Gran Via waliły armaty generała Franco, to była tylko autonomia. Nieco więcej od tego, niż ma u nas Śląsk. Trzepoce się nad tym, to prawda, sztandar nowy, o podwójnym krzyżu, zielonym i białym na czerwonym tle, jest herb heraldyczny z jakimiś drzewami, wieżami i górkami, w swym wieńcu hieratycznym dębowych liści, jest ten prezydent, który w swym orędziu nazywa siebie „prezydentem wszystkich Basków”. Ale takie państwa między rokiem 1918 a 1921 rodziły się i nikły na Krymie i we Lwowie, na Kaukazie i nad Donem kozackim. A to jest tylko autonomia...
To prawda, ale prawdą jest jeszcze co innego. Prawdą jest, że ten autonomiczny kraik wykonywa władzę państwową choćby dlatego tylko, że jest zupełnie odcięty od szamocącej się wśród własnych trosk stolicy państwa. Prawdą jest, że ten kraik ma dziś swoją armię, swoje karabiny i pułki, swój front, że na tym froncie walczy o całość swego terytorium. Prawdą jest, że jednocześnie na zapleczu organizuje na nowo rozpadłą władzę, jak my, Łotysze czy Estowie organizowaliśmy w roku 1918. I prawdą jest, że jadąc, minęliśmy czerwony sztandar nad lokalem komunistów, a także księży wychodzących z kościoła, a tej wspólnej możliwości nie ma jak Hiszpania długa i szeroka. Gdybym tutaj przyjechał z Europy, może bym tego nie rozumiał. Ale przyjeżdżam z Hiszpanii. Wiem, jakim trudem i jakimi wartościami buduje się ład w ogniu rewolucji. Widziałem w Katalonii rządy ludzi z kawiarń, w Madrycie rządy ludzi z partii, którzy nie umieli zatrzymać zniszczenia. W tej chwili właśnie taka władza z bratniaka, ów Beck-Przeździecki-Święcicki, Bruno Mendiguren, podaje mi jakieś zdjęcia czy materiał informacyjny. Wykonywa taki sam ruch, jaki by w podobnych warunkach wykonał może Święcicki w prezydium rady ministrów, może Skiwski w ministerstwie spraw zagranicznych, może inny urzędnik. Ale ja wiem dobrze, ile wysiłków uprzednich, licznych, ogromnych, musiało się złożyć na to, żebyśmy tu siedzieli wszyscy, ksiądz Urrutia, my przybyli morzem i wreszcie ten młody chłopak — i żeby mógł wykonywać tak spokojnie, w kraju zalanym rewolucją, taką normalną, urzędową czynność.
Starsi od Hellady
Okna naszego pokoju wychodzą jednocześnie na szeroki plac i wąską uliczkę. W szeroki plac wdziera się ramię wielkiego kanału, u kamiennej bariery nadbrzeża kołyszą się duże barki, czernieją podniesione teraz do góry dwie połowy zwodzonego mostu, który rozchyla się, aby przepuścić aż dotąd, do środka Bilbao, statki handlowe z portu. Małą, ciasną uliczkę zamyka gotycka wieża i wielki portal kościoła. Drzwi w tym portalu nie zostały ani spalone, ani zamurowane, są otwarte. Żadne z gotyckich żebrowań nie sczerniło się innym dymem jak dymem kadzideł, nie zarysowało inną szczerbą jak własnej starości. Kamiennym świętym z portalu nie ucięto błogosławiącej ręki. Daleki ocean co dnia swoim przepływem podnosi wody w Bilbao, ale niedaleka rewolucja nie przeszła wąskim kanałem tej uliczki. A przecież przeszła. Z domu między mną a kościołem powiewa duży płat czerwonego sztandaru. Jest to lokal „komsomołu”608. Dom niemal przylegający do kościoła wywiesił czarno-czerwoną flagę anarchistów. Ręce świętych z portalu kościoła, wzniesione w hieratycznym ruchu, błogosławią ulicę. Na tej ulicy niekiedy podnoszą się w górę, na czyjeś powitanie, ręce żywych ludzi, ściśnięte w pięści, ruchem, który nie ma nic w sobie z hieratyzmu. I ulica ta jest hiszpańska, i domy hiszpańskie, i kościół wzniosły ręce budowniczych hiszpańskich, i mowa tych ludzi jest hiszpańska. Trzeba jednak przyjechać z Madrytu, z Walencji, Barcelony, z frontów południowych, z Iznalloz i Guadix, żeby odczuć, jak bardzo to Bilbao nie jest dziś hiszpańskie.
Patrząc, widzi się najpierw miasto takie jak Sosnowiec, jak Białystok, to znaczy przemysłowe, źle zbudowane, nędzne i bogate. Luksus wielkich banków sąsiaduje z brudem nędzy. Chaos budowniczy i społeczny. Kopalnie, wchodzące wprost w miasto, złoża najbogatszych po Rifie rud żelaza, rozryły całe wzgórza. Bilbao leży w dolinie, nad rzeką i kanałami, niczym na skraju rynsztoka. Ale nad tym Sosnowcem brudnym i nędznym falują zielone fałdy gór. Tej zieloności nie ma na płowych płaskowzgórzach Hiszpanii, nie ma też lasów szumiących nad miastem. Jakieś Zakopane, jakieś Karpaty, z połaciami wielkich połonin. Na stokach rozsiadłe, przysiadłe do ziemi chaty. Góry ciągną się daleko, rosną powoli amfiteatrem, tak że tych chat widzi się dużo. Wieś baskijska nachyliła się nad miastem czarnym i bez wyrazu. Jej światełka wieczorami błyszczą między sferą ogni hutniczych i sferą gwiazd. Nigdzie wieś nie stała się czymś tak górującym nad miastem wzniesionym ponad nie. Nigdzie nie patrzy tak z góry i nigdzie miasto nie jest tak bardzo u stóp swej wsi.
Wyższość nie jest tylko topograficzna. Jest jeszcze gospodarcza. Chłop, który mieszka w tym domu przykucłym609 nad miastem, jest możniejszy gospodarczo od robotnika. Pochodzi z kraju, który zachował poprzez wieki, niemal nieuronione, bogate chłopstwo, kmiecia, którego zatraciła Polska pierwszych Piastów, odgrzebała w XIX w. Dania, utrzymały Szwajcaria i Styria. W końcu XIX w., w początkach naszego, wyrósł spod ziemi oparty na żelazie przemysł. Miasto stało się wielkim portem, wielkim centrum przemysłowym. Zaczęło swą rudę wywozić i przerabiać. Z piętnastu tysięcy ludności wzrosło do stu. Rozrost miasta, rozrost przemysłu dały chłopstwu baskijskiemu więcej, niż mogły dać wszystkie reformy. Na stokach wyrosły ogrody warzywne, nowoczesne hodowle drobiu, nowoczesne obory. Nie przybyło ziemi na górach, ale to, co daje ziemia, zwiększyło wielokrotnie swą wartość. Bezrolni szli do tego miasta u stóp chat. W fajeranty610 widzi się ludzi ciągnących z miasta na wieś. Robotnik, idący w dzień wolny w góry, nie idzie raz tu, raz tam na „weekend”. Idzie do swoich. Tam w górze jest jego chata, chata jego rodziny. Caserio el solar, co pochodzi od słowa el sol (ziemia) i podkreśla związek domu z gruntem. Cały dzień wolny spędza tam właśnie. Dzieci jego, urodzone w mieście, znają dawny solar. Wiedzą, jak się tam uprawia, co się sadzi, wiedzą, jak i dlaczego zwie się tak a nie inaczej. Każdy solar ma swoją nazwę. Dzieci wymawiają tę trudną nazwę w euskera, mowie Basków: „Etchesauru”, „Etche-jauna”, „Etche-isagaray”. Wrócą do miasta opalone wiatrem połonin, zarumienione powietrzem, które spłucze z nich bladość miejską, nizinną przejrzystość cery, ziemistość policzków, a także strugami dziwnej tajemniczej mowy Basków zmyje namuł kastylski.
Bo oto jeszcze jedna przyczyna, dla której ta wieś, nie tylko w topograficznym znaczeniu, patrzy z góry na miasto. Wieś jest baskijska. Miasto — to przybysze kastylscy, czerń robocza i nędzna, przybiegła tu zza Burgos, zza Valladolid, za najnędzniejszą pracą. Jeszcze jedni bracia i siostry Róży. Świat bez wczoraj i bez historii. A wieś biskajska to Baskowie. Kto to są Baskowie? Nie wiem. Ale i nikt nie wie. Co to jest mowa Basków? Też nie wiem i znowuż nikt tego nie wie. Baskowie i wszystko, co się nich tyczy, jest taką samą tajemnicą historii jak olbrzymy na Wyspach Wielkanocnych, jak menhiry Bretanii, jak znaczenie Sfinksa, lwa o twarzy kobiecej, jak Atlantyda. Wiemy o tym mniej niż o przedhistorycznych kopcach pod Krakowem. Nazwy dziecka dla ojca i matki, niemal te same we wszystkich językach indoeuropejskich, są u Basków zupełnie inne. Przypominają za to słowa japońskie. Rozszerzają się tam, nie kurczą, mroki zagadki. Cóż wiemy dalej? Wiemy, że Gotowie i Arabowie, wszystkie najazdy, które przemieniły Hiszpanię, zarywały częściami ziemię Basków, nie zdołały jej posiąść nigdy. Taka Abisynia, która nie znalazła swego Badoglia611. Lasy hiszpańskie wycięto wtedy w pień i już nie odrosły. Lasy, ongi nieprzebyte, szumią dalej zielono nad krajem Basków, Nawarrą i Guipuzcoą, Alabą i Biskają. Burgos jest enklawą wkrojoną w te ziemie. Cóż wiemy o nich więcej? Że jedno ich podbiło: chrześcijaństwo. I znowuż nie dosięgli tego rycerze-biskupi z Toleda, wojenni książęta kościoła hiszpańskiego. Katolicyzm przyszedł tu późno, ale z jednego z najczystszych swych źródeł: wielkiej reformy kluniackiej. Synowie św. Benedykta, którzy — dziwnym trafem — nie przeszli przez Hiszpanię, dotarli aż w bory i bez wojny uczynili chrześcijańskim naród współczesny Mojżeszowi, ostatnim faraonom, Grecji wojny peloponeskiej, Rzymowi republiki. Kiedy z wygaśnięciem królów tych państw, małych jak dawne Teby i Lacedemon612, przyszła tutaj Kastylia, jej władcy zachowali tylko stosunkowe nad krajem władztwo: wszystko stanowiły rady ludu. Król przysięgał na wierność prawom i przywilejom starym. Przysięgał tak Baskom Nawarry, Guipuzcoi, Alaby i Biskai Ferdynand Katolicki, przysięgał cesarz i król Karol V, przysięgał Filip II. Kraje te mogły zawierać własne traktaty z Anglią czy Francją: królowi było nic do tego. Od nich tylko zależało, czy dadzą Madrytowi rekruta, czy też wojny królewskie uznają za niepotrzebne. Republika góralsko-chłopsko-szlachecka trwała. Podobnie jak chłopi szwajcarscy i częściowo niemieccy, posiadała swoje herby, nazwania i wywody. Natomiast nie posiadała tytułów! Żaden skastyliały Bask nie mógł przyjąć tytułu królewskiego, wywodzącego się z ziem, które tu posiadał. Nie można było aż po wiek XIX zostać księciem San Sebastian. Dostawszy tytuł, Bask musiał się stąd wynosić. Brał swój tytuł z dóbr posiadanych czy otrzymanych w Kastylii Starej lub Nowej, w Quence, w Aragonie, w Andaluzji, w Meksyku. Nie mógł go wziąć stąd. Kraj zachował swe formy prawne, ustrojowe i pojęciowe wykształcone w czasach, kiedy bory szumiały nad Tamizą, a lud rzymski przemieniał swą monarchię w republikę oligarchów. Nie znał nieszlachty i nie znał magnaterii. Sprawował sądy i odbywał rady pod świętym dębem. Światem szły burze, ginęły i zjawiały się narody, papieże zastępowali drogi hordom idącym na Rzym, Attyla613 władał znad Dunaju. W górach osłoniętych oceanem i obronnych lasem przetrwała jakaś Atlantyda wymarłych ludów, jakiś odłam zaginionej całości, żyjący własnym prawem, niezależnym od swej siły i liczby.
Tylko jednostki, wyrzucone jak race z owej rasy ludzkiej, mówiły o jej ogromnych, zatajonych jak kwarc w rudzie ziemnej, możliwościach. Podlegli Kastylii Baskowie owładnęli nią, tak samo jak podbita przez Litwę Białoruś władała z kolei tą Litwą, jak Niemcy bałtyccy gospodarzyli Rosją, jak ludzie z Litwy i Ukrainy rządzili rzecząpospolitą szlachecką. Zorganizowali jej zamorskie imperium, rozszerzyli je szeregiem wypraw. Zawładnęli w naszych czasach finansami Hiszpanii. Z górą połowa kapitałów hiszpańskich pozostaje dziś w ręku Basków. Baskiem z pochodzenia był Unamuno. Baskami byli założyciele jezuitów: Loyola i Franciszek Ksawery614. Pierwsi szermierze tego zakonu, milicji soboru trydenckiego, kontrofensywy, która powstrzymała pochód protestantyzmu w świecie, wyszli stąd właśnie. A jednak masa, sama masa, pozostała bierna, oporna i milcząca. Pozbawiono ją w XIX w., w imię liberalizmu, jej praw i fueros615. Złamano jej formalną odrębność. Materialnie ta odrębność nie przestała wzrastać. Nad miastem, które przez napływ sił roboczych stawało się kastylskie, nad światem banków i fabryk, który czerpiąc zyski z Kastylii, musiał czuć się kastylski, wznosił się świat chłopskich solarów. Taki świat patrzeć musiał na świat pod nim nie tylko, jak góral patrzy na człowieka z nizin, nie tylko jak zamożny na biedaka, ale jeszcze przemierzał tę dolinę zmiejszczoną i skastyliałą, jak rasa, kultura i tradycja patrzą na bezkształt, który jutro może nowe pocznie światy, ale wczoraj nie istniał wcale. Tak musieli patrzeć wielmoże białoruscy na kneziów pogańskich Olgierda, tak patrzała Grecja Demostenesa616 na swych zwycięzców z Macedonii.