Taki kraj musiał przylgnąć tak właśnie do kościoła. Katolicyzm musiał wejść tu w krew tak podgłębnie, jak wszedł.
Jest to najpierw to samo, co się działo na mniejszą skalę w zachodniej Polsce, na największą na Słowaczyźnie, wśród Ukraińców Galicji Wschodniej, na Litwie kowieńskiej. Ksiądz był pierwszym inteligentem, który wyszedł ze wsi. Był pierwszym działaczem ludowym budzącego się narodu. Jego kazania były pierwszymi mowami, pierwszym oknem na świat otwartym po słowacku, po polsku, po litewsku czy rusku. Jego wpływ szedł od ambony, od ołtarza i konfesjonału, w dnie świąt, z tego kościelnego residuum617, które stanowi po dziś dzień minimum życia społecznego dla nierozbudzonych wsi i nierozbudzonych narodów. Ten ksiądz mówił w euskera, stanowiącym sezam niedostępny dla księży z Kastylii, w mowie ojców, wyśmiewanej, wypartej, trudnej. Ten ksiądz wyszedł ze wsi, z ludu, i gdy teraz w niedzielę w jasnym ornacie intonował u ołtarza modły łacińskie, wieś baskijska była dumna ze swojaka. Tak bywało zresztą i pod Turczańskim Świętym Marcinem618, i pod Sokalem619, tak bywało pod Upitą620, a także w Pszczynie621, tak bywało i nad Atlantykiem Zatoki Biskajskiej. Tylko że nad Zatoką Biskajską było jeszcze inaczej.
Co uderza, to to, że mówiąc o sobie, Bask nie mówi: „mój szczep, mój naród”. Mówi: „moja rasa”. Mówi tak, jakby mógł mówić ktoś uważający się za Słowianina czy Germanina, nieznający w tym pojęciu poddziałów na narody. Baskowie uważają się za rasę. Podobno jako krew są jednym z plemion najczystszych w Europie. Baskowie mają pojęcie zarazem swej odrębności i swego uniwersalizmu. Nasi Ukraińcy przymierzają swoje zwyczaje, pojęcia prawne do rosyjskich, do polskich czy tatarskich. Baskowie swoje instytucje prawne zestawiają z prawem rzymskim. Przy całym poczuciu swej liczebnej małości, przy braku megalomanii młodych narodów, Baskowie czują się zawsze ostatnimi dziedzicami pochłoniętej przez historię Atlantydy etnicznej. Są małym, ale pełnym, skończonym w odmienności swych dróg historycznych, światem. Katolicyzm nie jest tu tylko, jak nad Wagiem622 czy Niewiażą623, matką schylającą się nad kolebką najmniejszego, najpowolniej ząbkującego dziecka, to nie tylko ogrom gotyckiej katedry, gdzie mały, pokonany i nieszczęśliwy narodzik szuka owych przystani-kaplic, o których pisał Stanisław Brzozowski624. To naród, który był świadkiem dziejowym czasów, gdy msze odprawiały się nie u Świętego Piotra i nie w Kolonii, ale w podziemiach cmentarzy Rzymu Karakalli625 i tej pierwszej, w użyczonej przez jerozolimskiego właściciela gospody, sali wieczerniku, a także poprzedzających to wszystko o całe wieki zapowiedzi proroków. Baskijskość i katolicyzm jednoczy uniwersalizm. Znam tylko jeden naród nie mniej stary od Basków, który mógłby katolicyzm rozumieć tak, jak go rozumie ten naród.
Robotnicy, którzy wyszli z tego ludu, nie mogli palić kościołów.
Zadecydowała o tym przeszłość, przeszłość grodziska chłopskiego na stoku wzgórza, przysiadłego ze swym szerokim, spłaszczonym dachem, pod którym wszystko się mieści. Zadecydowało coś więcej niż niestracenie związku z ową chłopską przeszłością. W to miasto leżące na dole robotnik baskijski wniósł całą tę odrębność, jaką zawsze niesie z sobą góral. Wniósł dalej swą odrębność etniczną, obcość elementowi kastylskiemu. Wniósł zespolenie z kościołem wsi baskijskiej. I jak to bywa z góralami, z ludźmi wmieszanymi naraz w obcy element, spróbował przenieść ile można z tej przeszłości w nowe życie. Rezultatem były baskijskie i katolickie syndykaty robotnicze, prowadzone zresztą w całości i od początku przez samych robotników, bez natchnień i patronów. To, czego nie było w Barcelonie, stało się w Bilbao. Baskijska masa robotnicza urobiła się w duchu narodowym i religijnym. Być może, złożyły się na to i inne czynniki. Wyższa niż gdzie indziej w Hiszpanii oświata mas ludowych, wyższy poziom duchowieństwa, chłodny, nie zapalny umysł Północy. Robotnik hiszpański w masie swej poszedł za Michaiłem Bakuninem albo Karolem Marksem. Robotnik baskijski poszedł inną drogą. W ciężkich dniach lipca i sierpnia stanął przed kościołem, swoim kościołem, nie pozwolił go spalić. Stanął przed mieszkaniem swego księdza, nie pozwolił go ruszyć. Postawa tego księdza była przez ten cały czas bierna. Pełnił obowiązki kapłańskie niczym ów ojciec Urrutia, który przez rok 1936 zdołał tyle odprawić misji. Robotnik hiszpański nie miał swego kościoła i nie miał swego księdza. Nie miał go robotnik barceloński. Robotnik baskijski go miał. Księża baskijscy mają braci na wsi i w fabryce. Są swoi i — co trudniejsze — pozostali swoi. Kościół jest swój. Nacjonalizm baskijski jest ludowy, jak nacjonalizm barceloński był mieszczański i drobnomieszczański. Przetrwał sam jeden burzę. Dziś tym małym krajem pragnie się zasłonić czerwona Hiszpania przed zarzutami Zachodu. Chce powiedzieć, że to ona uszanowała księży, którzy przeciwko niej nie poszli. Jest to ryzykowna teza. Robotnicy katoliccy muszą jednak także w Bilbao pilnować kościołów przed zamachami ze strony kastylskich, zadomowionych tu anarchistów. Jeśli kościół w kraju Basków ocalał, zasługą tego była jego własna, istotna moc, nie oparta na pieniądzu, nie oparta na systemie rządów, oparta na masie ludzkiej. Teraz jest wielki post. Setki osób klęczą przed stacjami Męki Pańskiej. Kościoły pełne są wiernych. Gorzkie żale śpiewa tłum ludzi. Temu tłumowi ludzkiemu kościół jest potrzebny tak samo, jak potrzebny mu jest chleb i ochrona pracy, jak potrzebne są jasne domy i szkoły, prasa, która nie kłamie, książka, która wyjaśnia. I jeszcze bardziej.
Ochandiano i Durango
Msza rozpoczęła się w chwilę po naszym zejściu z obchodu pozycji pod Ochandiano, tuż koło zakrętu drogi, gdzie idąc na linię, zostawiliśmy nasz samochód. Ołtarzem były dwie duże skrzynie od konserw, oparte mocno o drzewo. Dwa gumowe płaszcze żołnierskie, z olbrzymimi połami i kapturami, wparto w gałęzie tak, że tworzyły szarą, osłaniającą ścianę. Małe żółte świeczki mogły teraz migotać bez względu na silny wiatr i na mokry, padający wciąż śnieg. W gałęziach szamotał się jeszcze z wiatrem duży sztandar baskijski, czerwony, z białym krzyżem — symbolem chrześcijaństwa — w środku i z zielonym krzyżem poprzecznym, po przekątniach, tzw. krzyżem św. Andrzeja, w którego to dniu, w w. VIII, plemiona baskijskie odniosły wielkie zwycięstwo nad najeźdźcami z Kastylii. Dopiero w cieniu tego wszystkiego rozpostarł się biały, zwyczajny, ale niezwyczajnie tu wyglądający, obrus, zajaśniał złoty kościelny kielich, przykryty pateną626. Mszału dużego nie było. Ksiądz czytał swe modlitwy z niewielkiego modlitewnika, w którym zresztą są wszystkie modlitwy mszy świętej. Był to ten sam młodziutki żołnierz, którego poznaliśmy przed chwilą. Spod ornatu i komży wyglądały grube, komiśne627 buty. Były takie same, jakie nam dano na pójście do okopów i które z rosyjska nazywano „katiuszkami”. Służyło do mszy dwóch milicjantów otulonych w szerokie, ciemne płaszcze. Wokoło drzewa i ołtarza, trzema wielkimi półkolami, stanęli wszyscy żołnierze batalionu, którzy nie mieli służby. Śnieg stapiał się u naszych nóg w mokre, zimne błoto, przesłaniał kontury drzew i gór, osiadał na odkrytych głowach. Nastała cisza, w której było słychać tylko wyraźny, znany jak pacierz, rytm modłów łacińskich i łoskot oderwanych strzałów, dochodzący z okopów. W linii powietrznej najbliższe pozycje, zasłonięte teraz zboczem, były o trzysta metrów. Ksiądz powiedział u stóp ołtarza: „Introibo ad altare Dei”628. Ministranci odpowiedzieli głośno: „Ad Deum qui laetificat juventutem meam”629. Słowa od stuleci drzemiące w mszałach, oplecione bluszczem iluminowanych, barwnych miniatur, leciały teraz z wiatrem w pustkę górską. Nie tłumił ich łacińskiej jasności głos organów, nie opełzał je chór śpiewów. Odarte z ozdobnego nalotu wieków, stały się teraz surowsze i prostsze. Brzmiały chyba tak, jak rozkazy rzucane niegdyś w tej samej mowie do centurii630 kroczących wzdłuż Ebra631. Karabin maszynowy zaszczekotał donośnie, gdy ksiądz powtarzał greckie „Kyrie Elejson”632. Pasterski dzwonek rozdźwięczał się w ręku schylonych milicjantów na ofiarowanie. Odprawiała się jedna z coniedzielnych mszy świętych na jednym z odcinków baskijskiego frontu.
W tym świecie dzisiejszym, który nas w miastach, wielkich kłębowiskach, wymieszał, wierzących i obojętnych, różnych religii i żadnej, msza oddaliła się już, zatarła swe wyraziste kontury, jak stara moneta wytarta od użycia, machinalnie przesuwana z rąk do rąk. W kościele dzisiejszym ołtarz, niegdyś w środku jego, oddalił się na sam kraniec. Zamiast ludu, który odpowiadał księdzu i współuczestniczył w ofierze, stanęli dwaj ministranci. Słowa modlitw, nawet te najpiękniejsze, owe „ad Deum qui laetificat juventutem meam”, owe „asperges me hysopum et super nivem realbabor”633, ściszyły się dziś w szept niedolatujący do tłumu, zrozumiały dla wielu, niewytłumaczony w swym sensie. Nieprzyjaciel z owego „quare tristis incedum dum affligit me inimicus”634 stał się czymś niejasnym, niewiadomym, dlaczego o nim tu właśnie, teraz i tak mowa. Wielkie słowa o pax vobiscum635 oderwały się od życia. Wiara i uczestnictwo katolika skupiły się całe jeszcze na jednym momencie, największym, na przemienieniu chleba i wina, i potem, na momencie komunii. Msza stała się takim kościołem o wieczorze, kiedy ze wszystkich ścian stopniowo spływa zmrok aż światło migocze tylko w środku, płomykiem oliwnej lampki. Ale teraz tego wszystkiego nie ma. Wszystko jest jak dawniej. Nie ma barokowych ołtarzy w chmury, draperie złocone i tłuste aniołki. Nie ma bogatego tabernaculum, za strop cały służą gałęzie buku, bezlistne, przybrane jedynie w sztandar baskijski. Kościołem ofiary są góry Pagotchici, niedostępne i pustynne, całe w śniegu i błocie mokrej, nadmorskiej zimy. Ludzie przybliżyli się do ołtarza, obstąpili go wkoło jak w świątyniach romańskich, są blisko. Słowa księdza płyną wyraźnie w powietrzu, nic z nich nie ginie, każdy widzi każdy jego ruch, każdy współuczestniczy. Coś jeszcze większego spaja i odnawia to wszystko. Ołtarza nie obstąpili ludzie starzy, bojący się śmierci. Obstąpili go młodzi i ci młodzi patrzą codziennie i co godzina śmierci, prawdziwej śmierci w oczy. Ten ksiądz, który teraz celebruje w jasnym ornacie, jest ich towarzyszem. Śpi na jednej pryczy z nimi, je z jednego kotła, a jeśli sam karabinu nie dźwiga, to przecież pełni przy nich, w linii, służbę pomocniczą dozwoloną przez kanony kościelne. Jeszcze jedna odrodzona wspólnota. To, co on głosi, jest dla nich zrozumiałe, bo nie ma mowy bardziej łacińskiej niż hiszpańska, to, co on głosi, jest im ponadto bliższe. Ów Bóg, do którego ołtarza ów ksiądz, jak mówi w pierwszych słowach mszy świętej, podchodzi, naprawdę dziś „laetificat juventutem” tych młodych. Zapytanie księdza „quare conturbas me”636 wydobywa jeszcze jedną z wojennych udręk sumienia. „Spera in Deo”637, stare słowa, napływają nową nadzieją, nadzieją ludzi walczących z siłą przemożną, nadzieją bijącego się o swój byt własny narodu. „Quoniam adhuc confitebor illi” — „albowiem wyznałem mu wszystko”. Ci ludzie naprawdę się spowiadają, powtarzając za księdzem: „mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa”638. Powietrze przesiekły znowu gęściej strzały karabinu maszynowego, a oto ksiądz mówi, niestrzymanym, dwutysiącletnim śladem tej modlitwy swoje wezwanie: „Sursum corda”639, i tłum odpowiada mu, jak wszędzie i zawsze, ale inaczej niż zawsze, że te serca ma wzniesione w górę, że ma je w Bogu. Habemus in Dominum.
Na chwilę przerwała się msza. Młodziutki księżyk odwrócił się po ewangelii od ołtarza i wygłosił krótkie kazanie w euskera. Nie rozumiałem nic. Raz tylko myśl wypłynęła naraz na jakieś zrozumiałe dźwięki, jakby z gęstwy oczeretów640 przebrnąwszy na wolną taflę małego jeziorka. Ksiądz wymienił wyraźnie nazwiska: Bergson641 i Maritain642. Nie wiem, co ksiądz mówił o nich obu, bo kazanie potoczyło się dalej mową bliższą tej, którą mówią w Korei, niż tej, którą mówią w Burgos. Mowa ojców robiła sobie miejsce w tym łacińskim kościele ściosanym z psalmów biblijnych i rytuału poczętego w katakumbach. Było jej przestronnie i swobodnie. Zrastała się z tą lingua latina643, którą mówili centurionowie644 legii nadebrzańskich i legiści królów Nawarry. Na chwilę śnieg prawie przestał padać i zrobiło się jaśniej. Zarysowały się wyraźnie linie pozycji naszych, mniej wyraźnie nieprzyjacielskie, zbyt daleko, aby można było strzelać stąd do nas. Niemniej część żołnierzy musiała odstąpić niżej. Msza płynęła w ciszy, w migotaniu woskowych świeczek. Od ołtarza padały słowa modlitwy łacińskiej. Od okopów padały strzały.
Ksiądz już zrzucił ornat i w mundurze milicjanta baskijskiego modlił się po mszy. Ludzie jednak nie schodzili z miejsca. Stali grupami. Po chwili zrozumiałem czemu. Kościoły baskijskie mają murowane przedsienie, ocienione sklepieniem nad kolumnami, gdzie w deszcz lub skwar przystają ludzie po mszy i gawędzą. Weszło to w nawyk i żołnierze, którzy jeszcze kilka miesięcy temu o karabinie i froncie nie mieli pojęcia, nie wyzbyli się nawyku wieków. Wyszedł jeden z milicjantów, dobył długi flet baskijski, chistu, i zaczął nucić długą, dziwną melodię, raz zawodzącą, raz skoczną. Żołnierze słuchali. Batalion zrekrutował się w Guipuzcoa, okolicach San Sebastian, najrdzenniejszym i najczystszym Euskadi, flecista pochodził z puebla, które od wieków słynie ze swej gry na chistu. Gdy skończył, zaczęli się rozchodzić nie jak żołnierze, ale właśnie jak chłopi od kościoła po nabożeństwie.