*
Komendant Lizasso, szef batalionu, odwiózł nas do sztabu, gdzie czekał na nas obiad w towarzystwie oficerów i żołnierzy batalionu. Wszystko byli to Baskowie spod San Sebastian, wyparci pochodem białych, przeważnie robotnicy i studenci. Lizasso z zawodu był budowniczym. Muszę przyznać, że stop studencko-robotniczy okazał się bardzo szczęśliwy. Formacja była jedną z najbardziej znanych na froncie, najlepiej odznaczonych w boju. Ona jedna nie zawiodła w nieudałej645 ofensywie na Burgos. Panował nastrój bardzo prosty i koleżeński. W tym samym miasteczku mieścił się drugi, komunistyczny batalion, imieniem Stalin. Dowództwo grupy było też czerwone. Stosunki panowały poprawne. Niebawem miano zluzować batalion i zastąpić go innym batalionem katolickim, noszącym nazwę Loyola. Myślałem, że chodzi o przedmieście San Sebastian i koszary tej nazwy, wokoło których rozgrywały się przed pół rokiem zaciekłe walki: formacja mogła sobie przybrać za miano nazwę tej okolicy. Okazało się jednak, że nazwą tą chciano uczcić pamięć pewnego wielkiego Baska z XVI w., założyciela zakonu Towarzystwa Jezusowego. Mimo woli myślało się o szczególnej pikanterii sceny, gdy dwa oddziały tej samej armii będą miały tak różnych patronów jak założyciel jezuitów i władca czerwonego Kremla.
W parę godzin potem wracaliśmy ku Bilbao. Nasz drugi towarzysz, Bask z pochodzenia, ale jednocześnie korespondent prasy amerykańskiej, zapragnął zatrzymać się w Durango, słynnej kwaterze powstań karlistowskich. Chciał odwiedzić klasztor augustianek znajdujący się w mieście. Mieliśmy z tym znaczne trudności. Drzwi były zamknięte i dzwonienie nie pomagało. Po chwili z ulic wyszli jacyś ludzie, z wyglądu robotnicy, wypytujący nas nieufnie, czego chcemy. Wyjaśnienia zadowoliły ich jednak, ale wiadomość o przybyciu dziennikarzy zagranicznych rozeszła się po mieście. My tymczasem dostaliśmy się w końcu do rozmównicy klasztornej. Za grubą kratą zjawiło się kilka zakonnic. Powiedziały, że im nic nie grozi, że ludzie, którzy nas indagowali, to przyjaciele klasztoru, że strzegą je na wszelki wypadek. Jedyny ślad prześladowania zdołaliśmy już sami spostrzec. Oto brama i ściany kościoła były dokładnie oblepione afiszami komunistycznymi. Ponieważ nie było ich wcale na sąsiednich domach, mogliśmy sądzić, że nie było to wynikiem ani konieczności, ani przypadku. Wyładowywała się tu po prostu marna ludzka zawiść. Natomiast milicjanci, rozkwaterowani w części klasztoru, zachowywali się poprawnie, choć znajdowali się wśród nich niewątpliwie ludzie bardzo czerwoni. Poprzedniego dnia zwiedziliśmy w Amorrebieta klasztor karmelitów, częściowo zajęty przez formacje bojowe nacjonalistów baskijskich. Obrazy święte wisiały na swoim miejscu, wszystko było w największym porządku. Widziało się liczne habity pospołu z kurtkami wojskowymi. Po ogrodzie oprowadzali nas społem646 komendant zakwaterowanej tu milicji i przeor klasztoru. Władza duchowna i świecka współżyły ze sobą w większej harmonii niż średniowieczny papież i cesarz z Canossy647.
*
U wyjścia z klasztoru czekało natomiast parę osób, które najpierw naszemu towarzyszowi, a potem i nam samym zaczęły coś przekładać. Sprawa nie była zwykła. Oto dnia wczorajszego zapadł wyrok w wielkim procesie „tradycjonalistów” karlistowskich z Durango, którzy chcieli zrobić powstanie na rzecz białych. Tarczę miasta otacza dewiza łacińska, głosząca od pięciu wieków, że „Durango noble, y leal a la corona real”648. W murach kościoła drzemią stare kule artylerii generała Espartera, cóż więc dziwnego, że karlizm odrodził się w starej swej stolicy. W procesie o zdradę stanu zapadło trzynaście wyroków śmierci. Szczęściem, w tej liczbie jedenaście było trudnych do wykonania, bo podsądni zdołali przedrzeć się przez linie bojowe i byli po tamtej stronie. Natomiast w stosunku do dwóch ludzi młodych, najmniej może winnych, posiadających rodziny, zapadł także wyrok śmierci. Ludzie dowiedzieli się, że jesteśmy cudzoziemcami i gośćmi rządu. Przyszli prosić o interwencję u Prezydenta. Oczywiście, przyrzekliśmy zrobić wszystko, co tylko chcą, zaznaczyliśmy jednak swoje wątpliwości, czy Prezydent będzie uważał tak bardzo na słowa obcych dziennikarzy. Nasz towarzysz zapewnił, że mimo wszystko może to odnieść skutek; rząd jest wrażliwy na opinię zagranicy; wie, jak i Madrytowi i Sewilli zaszkodziły w tej opinii masakry; w dodatku interwencja obcych dziennikarzy może tu rozwiązać ręce wobec miejscowych czerwonych, którzy stale zarzucają władzom zbytnią łagodność; rząd w tym wypadku zasłoniłby się jakby tą zagraniczną interwencją. Niedawno dziennikarka katolicka z Francji, pani Maleterre, wstawiała się za młodym jeńcem wojennym, Niemcem, kuzynem von Papena649. Sprawa obcokrajowca, ujętego z bronią w ręku na froncie, była zbyt wyraźna, pokrewieństwo ze znienawidzonym wicekanclerzem pierwszego gabinetu Hitlera zaszkodziło mu jeszcze u komunistów, dość że nawet po poddaniu sprawy nowemu badaniu ułaskawienia nie dało się wyjednać. W tym wypadku nie wchodzi w grę tyle animozji. Może nam się powieść lepiej niż pani Malaterre.
Nad wieczorem byliśmy w Bilbao i z zanotowanymi nazwiskami skazanych poszliśmy do Prezydenta. W niedzielę o tej porze nie było tu nikogo. Przyjął nas w biurze Prezydenta jakiś znudzony podsekretarz. Nie wprowadzając go w całą sprawę, zapytaliśmy tylko, czy wyrok wydany w sobotę zostanie jutro, tj. w poniedziałek rano, wykonany. Gdyby odpowiedział, że tak, byliśmy gotowi wyszukać gdzie można Prezydenta i prosić go zaraz o łaskę. Gdyby nie, mieliśmy czas zaczekać do dnia następnego. Sekretarz zadzwonił do kilku miejsc i wreszcie oświadczył, że nie. Wyrok zostanie wykonany dopiero pojutrze czy nawet za trzy dni.
W nocy przed dwunastą budzi nas stukanie do drzwi. Portier hotelu oznajmia, że dzwonią do nas z kancelarii Prezydenta z zawiadomieniem, że stracenie skazanych odbędzie się jednak nazajutrz o świcie. Kancelaria zapytuje, czy pragniemy asystować przy akcie; jeśli tak, samochód zajedzie po nas o szóstej rano. Proszą o odpowiedź. Oczywiście, pobiegliśmy na dół do telefonu. Łączymy się z kancelarią. Mówię, że nie o to nam chodziło. Że prosimy o skomunikowanie nas zaraz z Prezydentem, że pragniemy prosić o ułaskawienie. Zdziwiono się mocno. Zapytano, czy znaliśmy tych ludzi. Jeśli nie, czemu nam na nich tak zależy? Poprosiłem o telefon Prezydenta. Układałem krótko, a jak najlepiej słowa, które powiem. Żeby były najskuteczniejsze. Żeby nie urazić natręctwem, a jednak przekonać dość silnie. Co powiem? Jak powiem?
Po chwili telefon odpowiedział. Zawiadomiono, że Prezydent, czując się niedobrze, poszedł się położyć i zakazał się budzić. W jakiej sprawie? Powiedziałem, w jakiej. Nie zrobiło to żadnego wrażenia. Odpowiedziano tylko, że prawo łaski ma rada ministrów. Powiedziałem, że chcę prosić Prezydenta przynajmniej o wstrzymanie egzekucji. Usłyszałem odpowiedź, że i tego zrobić nie mogą, po czym naraz przełączono mój telefon na nowo z kancelarią. Zadzwoniłem najpierw do księdza Urrutii, potem do Mendigurena — bezskutecznie. Zadzwoniłem jeszcze raz do kancelarii. Tym razem odezwał się ktoś inny, bardzo uprzejmy i autorytatywny. Odpowiedział, że samochód już przygotowano na rano, wszystko gotowe, będzie przed hotelem, że możemy z niego skorzystać, żeby być świadkami egzekucji. Miałem wrażenie, że nie rozumieją zupełnie, ale to zupełnie, o co mi chodzi. Powtórzyłem raz jeszcze moją sprawę. Odpowiedziano mi wtedy, że mają tylko jedno wydane im polecenie: zapytania dziennikarzy polskich, czy pragną być świadkami stracenia, a jeśli tak, użyczenia im samochodu na godzinę szóstą. Więcej nic. Czego więc chcemy, czy mają nam służyć samochodem?
Wtedy utraciłem do reszty cierpliwość. Powiedziałem, że przyjechałem tu jako katolik do katolickiego państwa, że mam dość mordów, że czemuż się oburzają na Queipę de Llano w Sewilli, czemuż odżegnują od komunistów, skoro robią i tutaj krwawe widowisko ze straceń? Powiedziałem, że wyjeżdżam natychmiast, proszę o samochód, ale do portu, na pierwszy neutralny statek, że nie chcę tu nic widzieć, że dla świata tyle są warci, co Sewilla i kaci z Barcelony, że nic tu innego się nie dzieje jak w Hiszpanii. Cisnąłem słuchawkę.
Zacząłem się dopytywać o mieszkanie Prezydenta. Okazało się, że mieszka na wsi, o 14 kilometrów stąd. Mendiguren? Też na wsi, w innej stronie. Oto jeszcze jedno charakterystyczne dla tych ludzi. Są to wszystko ludzie z małej prowincji i nie zatracili z nią kontaktu. Ale teraz to utrudnia sprawę. Znaleźć jakąś niezarekwirowaną taksówkę? Naraz telefon zadzwonił znowu. Dzwonił Mendiguren.