Zrozumiałem, że się dowiedział o awanturze, że wie już, jak jego podwładni zrozumieli moje wieczorne zainteresowanie skazanymi, wie, co mi zaproponowali za widowisko, o co mi chodzi i co im powiedziałem przed chwilą. Zrozumiałem, jak ten człowiek, katolik, Europejczyk, wychowany w Belgii, ten, który mi przez te trzy dni tak wyraźnie odcinał swój kraj i rząd od krwawej Hiszpanii, musi się teraz wstydzić. Tłumaczył się, jak mógł najbardziej. Powiedziałem, że nie chodzi nam o to. Rozumiemy, zakładamy z góry, że ową wstrętną propozycję uczynił nam jakiś tępy urzędnik — Mendiguren przerwał, że ordynans (po francusku ordonnance znaczy nieco więcej niż nasz „ordynans”) — że nigdy i w żaden sposób nie myślimy obciążać za to narodu baskijskiego ani władzy, ani nikogo, że potrafimy to odróżnić, zapomnieć zupełnie, ale... Ale pozostaje dalej sprawa tych ludzi, których mają stracić o świcie. Jedno nie zmaże drugiego. Chodzi o życie tych ludzi.

Mendiguren obiecał, dał słowo honoru, zrobić wszystko, co może. Po półgodzinie odezwał się znowu telefon. Udało mu się sprawdzić, że Prezydent dotąd nie został oficjalnie zawiadomiony, że więc nie mogą ich rozstrzelać. Dla pewności za pośrednictwem ministra sprawiedliwości, również katolika, zadzwonił do więzienia. Sprawa musi przejść przez radę ministrów, która zbierze się we wtorek lub środę. Będę miał czas prosić Prezydenta. Rozstrzyga oczywiście rada, ale zdanie Prezydenta zawsze znaczy. O jedno mogę być spokojny. Rano ich nie rozstrzelają. A tamto? „Niech pan zapomni. Niech pan pamięta, że przez kilka wieków panował nad tym krajem cień Hiszpanii”.

Wielcy i mali

José Antonio de Aguirre650, prezydent Euskadi, autonomicznego regionu trzech prowincji w łonie republiki hiszpańskiej, pierwszy po wielu wiekach włodarz usamodzielnionej wspólnoty baskijskiej, przyjął mnie, jak to było umówione, w swym gabinecie, tuż obok dziesiątka podobnych pokojów, w których stukały remingtony i szła pełną parą praca zmobilizowanych przemysłów, mająca dostarczyć frontowi odzieży i amunicji, żywności i broni. Prezydencja mieści się w dawnym hotelu i pokój prezydenta ma w sobie coś z owego hotelowego prowizorium, ale jednocześnie jest pełen największej prostoty. Na dużym biurku leżą posegregowane pliki akt. Poza nimi nie widzi się już nic więcej, prócz jednej tylko rzeczy. Wznosi się ona spośród nich kształtem ciemnym, dobrze znanym, ostrym. Jest nią duży krucyfiks z ciemnobrunatnego drzewa, stary, niezawodnie piękny, ale przede wszystkim najzupełniej prosty. Z pewnością nie jest to żadne dzieło sztuki. Ale nie jest to także szablonowy krucyfiks z naszych sądów, przedmiot stanowiący część inwentarzową gmachu. Jest to jeden z takich, jakie znajdujemy czasem w starym domu, przy łóżku osób bardzo pobożnych, ale nieczyniących ze swej pobożności żadnej zewnętrznej ostentacji, pragnących tylko w swej głębokiej wierze móc składać u stóp owego znaku symbolicznego wiary swoje troski, nadzieje i myśli. Obecność tego krucyfiksu jest jedynym bardziej osobistym piętnem, wyciśniętym na tym bezosobowym pokoju. Człowiek, który go tu przyniósł, stoi właśnie przede mną. Średniego wzrostu, ciemny, bardzo baskijski i młody. Jeszcze jeden młody. Jeszcze jeden, który wydaje się bardziej młody może, niż sam jest, z całą swoją powagą, z całą skromnością, która mu patrzy z oczu. Przez chwilę myślę o małym Dollfussie651. Ale to jeszcze coś innego. I już siedząc naprzeciw niego, zadaję moje pierwsze pytanie:

— Znaliśmy zawsze Basków jako ludzi głęboko przywiązanych do wiary katolickiej, do swej narodowości, do tradycji. W zeszłym stuleciu oni właśnie byli najwierniejszymi szermierzami sprawy znanej pod nazwą karlizmu. Jeszcze teraz wielu Basków walczy w szeregach powstańców. Wy, tutaj, jesteście z przeciwnej strony. Jesteście z Frontem Ludowym. Czy mógłby mi Pan, Panie Prezydencie, wyjaśnić przyczyny, które skierowały was na tę drogę?

Prezydent namyśla się chwilę, potem odpowiada:

— W tym, o co pan pyta, muszę najpierw sprostować parę rzeczy. Przede wszystkim nie jesteśmy, jak to pan powiedział, avec le Frente Popular652. To nie jest ścisłe. Co jest ścisłe, to to, że my, nasze wolności, nasze prawa, nasze ideały, nasz naród baskijski, zostaliśmy zaatakowani jednocześnie i przez tych samych ludzi, którzy zaatakowali legalny régime hiszpański. Napadnięto nas, bronimy się, będziemy się bronili. Oto jak jest. Mówi mi pan, że wielu Basków walczy po tamtej stronie. Odpowiem, że my, władze Euskadi, zgodzimy się w każdej chwili, choćby zaraz, na plebiscyt, referendum ludowe, zarządzone na całym terytorium zamieszkanym przez Basków, referendum przeprowadzone oczywiście w warunkach najzupełniej legalnych i neutralnych, w którym ludność naszego kraju mogłaby się wypowiedzieć w tych sprawach. O zwycięstwo w takim plebiscycie jestem spokojny. My z Bilbao przystępowalibyśmy do niego, niosąc uzyskany od Hiszpanii statut autonomii baskijskiej, odzyskanie naszej samodzielności zdeptanej przed wiekiem, cel naszych walk ostatnich. Z czymże przystępowaliby tu Baskowie-karliści z armii Moli?

I nie urywając, prezydent Aguirre przechodzi do dalszej kwestii.

— Wspomniał pan o jednej z wielkich w tym kraju spraw zeszłego wieku — o karlizmie. Zanalizujmy wreszcie, co się w tej sprawie i dla kogo mieści! Było i jest jeszcze wiele bardzo zagadnień, spraw bardzo różnych, ujmowanych jednak razem pod wspólnym mianem karlizmu. Znaliśmy przede wszystkim dawnych, pierwszych karlistów baskijskich. Sto lat temu chwycili oni za oręż. Chodziło o to, kto zasiądzie na tronie madryckim. Ale trzeba wiedzieć, że ta sukcesja dynastyczna odgrywała w motywach ich walki, jak zresztą i w całej Hiszpanii, rolę drugorzędną. Jeżeli ówcześni „liberali”, lewica hiszpańska sprzed lat stu, wzięli w Hiszpanii stronę królowej-wdowy i jej małoletniej córki, to przede wszystkim dlatego, że pretendent do tronu, brat zmarłego króla Ferdynanda, ów Don Carlos, dał się poznać jako zdecydowany przeciwnik liberalizmu, jako szef autokratycznej prawicy. Woleli po prostu mieć w Hiszpanii monarchię w stylu Ludwika Filipa653 niż Karola X654, niż Mikołaja I655. Dla Basków Don Carlos i jego zwolennicy mieli natomiast jedną dobrą stronę: oto jako zwolennicy tradycji dawnych wieków okazywali się skłonni do utrzymania odrębności lokalnych, starych przywilejów, dawnego stanu rzeczy, a w tym i odrębności baskijskich. Liberali, śladem rewolucji francuskiej, byli centralistami. Oto co nas pociągało w sprawie Don Carlosa. Najlepszym na to dowodem jest, że gdy generał Espartero obiecał, iż swobody nasze zostaną uszanowane, odstąpiliśmy od tej sprawy. Zostaliśmy jednak oszukani: liberali parlamentu madryckiego obalili w imię postępu w roku 1839 nasze fueros. I odtąd chwytaliśmy za broń przy każdej okazji, jaka tylko się nadarzyła. Wreszcie w końcu ubiegłego roku wyszedł z naszego narodu myśliciel, pisarz, nauczyciel i działacz, który nasz stary tradycjonalizm baskijski przekuł na współczesny nacjonalizm, taki jak innych ujarzmionych narodów. Był to Sabino de Arana Goiri656, założyciel stronnictwa, z którego wyszedłem. Inni pracownicy wyposażyli nas jednocześnie w zdobycze na każdym polu i utrzymując z szacunkiem nasze narodowe właściwości, uczynili z naszego kraju jeden z najwyżej stojących regionów z tej strony Pirenejów. My teraz kontynuujemy i tę pracę, i tę walkę. Czynimy w XX wieku to, co Polacy, Czesi i inne narody czyniły w wieku XIX.

Jak gdyby porządkując raz jeszcze wszystko, co może powiedzieć o karlizmie i karlistach dzisiejszych, dodaje: