Dniem zupełnie niezapomnianym i zupełnie różnym od wszystkich w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, był dzień następny.Przejechaliśmy w kilku kierunkach ten mały kraik, który stanowi w chwili obecnej niepodległą Euskadi. Mżył deszcz i przepraszano nas za porę roku, która niszczy zwykle piękność baskijskich krajobrazów, zielonych majem, złocistych i rdzawych do grudnia. Ale to, cośmy widzieli, było jeszcze piękniejsze. Pokazano nam najpierw parę ogromnych na kilkaset łóżek sanatoriów dla dzieci. Jedno leczyło gruźlicę kości, do innego odsyłano z Bilbao i miast dzieci ubogie. Oba leżały między górami i morzem. Wielkie płaszczyzny tarasów, urządzenia niemal u nas nieznane, nowoczesny aparat sanitarny, jasność i czystość, a przede wszystkim radość. Widzieliśmy zarówno dzieci przybyłe tu niedawno, jak i pozostające od dawna, i można było stwierdzić olbrzymią różnicę. Miało się wrażenie, że tajemniczy eliksir życia jest tu destylowany z powietrza morskiego, gór, słońca i lampy kwarcowej. Przez całe miesiące widziałem właśnie ciała ludzkie, z których ten sam eliksir wysączał się z minuty na minutę, które w szpitalach i na noszach nieruchomiały w martwotę zwłok. Widzieć coś tak przeciwnego sprawia ulgę. Wszystko to wzniosły samorządy prowincji Biskaja w ciągu ostatnich lat piętnastu. Wszystko to wzniosło właściwie samo społeczeństwo. Miało się wrażenie, że kieruje tym wszystkim mechanizm niezwykle prosty. U nas wiemy, że są lecznice i sanatoria wypoczynkowe, że do czegoś wreszcie służą te pieniądze, które każdy urzędnik, pracodawca i pracownik wpłaca na pierwszego do różnych ZUP-ów660. Wiemy, że coś jest w Krynicy i coś się zbudowało w Zakopanem. Ale wszystko to jest u nas za lasami i górami, po których wiją się serpentyny zawiłej biurokracji. Tu jedna prowincja miała tego wszystkiego — parę innych zakładów zwiedziliśmy przelotnie — więcej niż pół Polski. Dostęp do tego jest tu prostszy, nie potrzeba tu ani alpinistyki stosunków, ani wyćwiczonych w szczególnej wspinaczce muskułów, ani pleców. Przeciwnie, decydują słabe kości i mizerne piersi.
Wszystko pozostawało pod ścisłym nadzorem władz, a było prowadzone i nadal przez zakonnice miłosierdzia. Trzeba wiedzieć, że w koalicyjnym rządzie Euskadi obok katolików zasiadają i komuniści, a specjalnie ministerstwa robót publicznych i opieki społecznej są w ręku czerwonych. Rozmawiałem i z nimi, oświadczyli mi, że pracę zakonnic na tych placówkach uważają za pełną ofiarności i nawet pod względem przeszkolenia fachowego niepozostawiającą nic do życzenia. Między pewnym młodym lekarzem-komunistą a siostrami nawiązał się rzadki wypadek najściślejszej współpracy. One brały od niego wszystko, co mu dało wykształcenie, on poznawał, ile siły w tym bardzo trudnym zawodzie może dawać motor miłości bliźniego. Nie myślę wcale uogólniać tego zjawiska, ale powiem, że ta dziwna współpraca lekarza-komunisty z zakonnicami katolickimi, nachylonych pospołu nad łóżkiem robotniczego dziecka, dźwigającego na swym chorym ciałku ciężar nierówności społecznych, głębokie rysy niedostatku i atawizmów, pozostanie w najlepszym moim wspomnieniu.
W hallu wielkiego sanatorium dziecięcego w Algorta zwrócił naszą uwagę portret typowego kapitalisty o spokojnej, zamyślonej twarzy. Istotnie, był to wielki kapitalista Bilbao, ale i wielki filantrop. Jego pieniądze przyczyniły się w znacznej mierze do powstania sanatorium, paru szkół robotniczych, pierwszych domów robotniczych, jego inicjatywa pociągnęła tu innych. Rewolucja wywiesiła w tym hallu nowe portrety, usunęła inne, ten jednak zostawiła. Moi towarzysze stali przed nim nieco zakłopotani. Po chwili sami wyjaśnili mi, dlaczego. Oto obaj synowie tego człowieka — on sam zmarł już wcześniej — zostali zamordowani bez sądu podczas rewolucji. Nie brali udziału w polityce. Mieli majątek uszczuplony przez ojcowskie fundacje. Po prostu ich nazwisko było znane jako nazwisko ludzi zamożnych. Ten cień nie spada na Euskadi. W początkach rewolucji miejscowe żywioły skrajne, opierające się głównie na ciemnym elemencie spośród robotników napływowych, dokonały paru samosądów. Władza była jeszcze w ręku lokalnych władz hiszpańskich. Te, może z racji politycznych, zapewne także pragnąc ochronić aresztowanych, uwięziły szereg przedstawicieli zamożniejszych czy bardziej prawicowych rodzin i umieściły ich nie w więzieniu, dokąd tłum mógłby się wedrzeć, lecz na dużym statku u wejścia do portu. Niestety, właśnie w tym czasie przypłynęła do brzegów czerwona flota hiszpańska, która potopiwszy oficerów, wprowadziła u siebie sowiety661. Flota stała w porcie przez miesiąc bezczynnie. Raz, wypłynąwszy pod San Sebastian, doznała porażki. Marynarze wrócili wściekli, podobno podpici, wdarli się na statek z więźniami i zamordowali bez sądu około pięciuset uwięzionych tam osób.
Gruby kapitalista ze ściany hallu patrzył na nas dalej swym spokojnym wzrokiem człowieka interesu, który czasem odbiega myślą od cyfr i coś tam sobie niegiełdowego marzy. Był tu kiedyś portret króla, był portret Zamory, są teraz Azana i Caballero, a wzrok zmarłego dawno człowieka, który może chciał leczyć rany, jakie zadaje zły ustrój, patrzył dalej tak samo spokojnie, jak wtedy, gdy ów spokój chwytał malarz, a murarze wznosili mury tego gmachu. Tylko ludzie żywi, przechodzący tu pod nim, unikali jakby tego spojrzenia.
Oto była krótka, niezawiniona przez władze baskijskie, które dopiero później przejęły tu władzę, burza zniszczenia. Ale było ono tym boleśniejsze i przykrzejsze, że właśnie przemysł bilbaoński wyróżniał się w całej Hiszpanii swym zmysłem społecznym i ofiarnością, że najmniej był zaangażowany we wspieraniu faszyzmu, że szedł innymi drogami niż ludzie pokroju Juana Marcha662. Można być zdania, że niezależnie od tego należałoby wywłaszczyć tych ludzi, znacjonalizować posiadane przez nich kapitały, ale kara śmierci, bez sądu, w warunkach jak najbardziej odrażających, wytłumaczyć się nie da. Muszę oddać sprawiedliwość władzom w Euskadi: wydarzeń tych nikt przede mną nie starał się ukryć, nikt nie starał się ich rozmiarów zmniejszyć, w niczym rozgrzeszyć. Nie było cienia owego krętactwa, jakie w takich wypadkach stosował niepotrzebnie Madryt. Może to był, jak mówili, wstręt do wszelkiej z ich strony propagandy. Może przeciwnie, była to najlepsza propaganda.
W jednej z sal chcieliśmy zrobić zdjęcie jednego z dzieci, leżących cicho w łóżeczku, i przystanęliśmy dłużej. Nad łóżeczkiem widniała tabliczka z napisem: „Marquesa viuda de Berriz”. Co robił w tym rewolucyjnym kraju i nad łóżkiem szpitalnym ów markizowski tytuł? Po chwili zauważyliśmy, że cała sala, wszystkie łóżka, posiadają takie tabliczki. Wszędzie lśniły tytuły condów i marquesów, mieszały się z nazwiskami znanymi mi już z giełdowego herbarza. Odpowiednicy naszych Radziwiłłów i naszych Zieleniewskich czy Lilpopów. To byli fundatorzy łóżek. Czasem robiło to dziwne wrażenie: cały rząd łóżeczek dziecinnych nosił np. napis: „Sociedad de Explosivos de Bilbao”663. Pod takim biletem wizytowym dynamitu chore robotnicze dziecko bawiło się lalką. Nie stawałem przed każdym łóżkiem i nie pytałem, co się stało z synami ofiarodawców lub z nimi samymi. Dowiedziałem się tylko, że markiza wdowa de Berriz jest nie tylko wdową. Straciła dwóch synów na tym samym okręcie, na którym stracił swoich gruby kapitalista z hallu. Ponieważ, jak się rzekło, wszyscy naprawdę posądzeni o udział w puczu wojskowych byli odesłani nie na statek, lecz do więzienia, i stanęli przed jakąś formą trybunału, przeto i o synach markizy Berriz należy sądzić, że skoro odesłano ich na statek, to raczej w celu uchronienia przed samosądem ulicy.
W ten sposób sprawa floty hiszpańskiej raz po raz wplatała się w nasze obserwacje. Nie mogłem zrozumieć jednego. Oto na początku wydarzeń hiszpańskich flota wymordowała swych oficerów, należących do rokoszu wojskowych, i stanęła po stronie rządu. Franco miał wskutek tego trudności z przewiezieniem wojsk z Maroka. Teraz zaś jest odwrotnie. To Franco blokuje wybrzeża, to on ostrzeliwuje z morza Walencję, to wreszcie przed jego statkami przemykaliśmy się chyłkiem do Bilbao. Co zaszło między lipcem a marcem na wodach hiszpańskich? Po wielu zapytywaniach zdołałem ustalić stan rzeczy. Oto Franco posiada zaledwie trzy większe jednostki i te ostrzeliwują porty i utrzymują blokadę. Zorganizował ponadto flotyllę z łodzi rybackich. Natomiast cała flota rządowa, wywiesiwszy czerwone sztandary i proklamowawszy rady załogowe, siedzi bezczynnie w portach. Podczas swego miesięcznego pobytu w Bilbao nie zdecydowała się wyruszyć gromadnie ku portom francuskim i eskortować statki z żywnością dla Euskadi. Byłoby to uratowało kraj od głodu, który obecnie z każdym dniem stawał się dokuczliwszy. Po objeździe spokojnych zupełnie frontów euskadyjskich stało się zrozumiałe, że powstańcy liczą właśnie na złamanie oporu kraju blokadą i głodem. Jak więc widzimy, terroryści nie byli jeszcze bohaterami. Przeciwnie, plamiąc sztandar rewolucji, jednocześnie swym tchórzostwem czy niedołęstwem gotowali mu sami klęskę. Ale też to, co w tym kraju nawet przez rewolucję będzie kiedyś kontynuowane, rozszerzone, zogromione — to praca ludzi, których nienawidzili, posłali na śmierć. To na ich dzieło powoła się wobec świata, mówiąc o swych prawach do samorządzenia, naród baskijski, rząd z Bilbao. Człowiek z portretu w Algorta może dalej patrzeć jasno i spokojnie przed siebie. W jego ślady wstąpi naród pragnący budować swą przyszłość. Jego pracę poprawi, ulepszy, ale właśnie ją poprowadzi, w niej znajdzie oparcie.
Niestety, nie mogę powiedzieć, aby sielanka zakonno-komunistyczna trwała bez rysów i w Bilbao. Ze szpitali miejskich usunięto siostry miłosierdzia św. Wincentego a Paulo. Jeśli w Amorrebieta zwiedzaliśmy klasztor karmelitów, częściowo zajęty przez milicję, i podziwialiśmy zgodne pożycie habitu zakonnego i roboczego mona, to w paru szpitalach Las Arenas, dzielnicy neutralnej przy porcie Bilbao, widzieliśmy krzyże usunięte z dawnego domu zakonnego jakichś sióstr. Ulokowani tu byli jacyś, bardzo sympatyczni zresztą, ranni anarchiści i komuniści. Zapytani, odpowiedzieli wręcz, że nie chcą „tego wszystkiego”. Władze starały się jedynie rozgradzać jednych i drugich. Bezbożnicy wędrowali zazwyczaj do jednych szpitali, wierzący — do innych. Ponieważ w tym miejscu funkcjonowało kilka szpitali, przeprowadzenie podziału nie było trudne. Linia podziału rozgradzała jednak nie tylko komunizm i anarchizm od nacjonalizmu. Rozgradzała jeszcze Hiszpanów od Basków. Natomiast wygnane zakonnice uczyniły rzecz, której zapewne nie oczekiwali ich prześladowcy. Oto ruszyły w ubraniach zwykłych sióstr miłosierdzia na front asturyjski. W chwili gdy przyjechaliśmy, przeprowadzono właśnie gwałtowną ofensywę na Oviedo. Ofensywę tę przeprowadzały w znacznej mierze oddziały baskijskie: wódz ich, założyciel milicji baskijskich, człowiek wierzący, padł na przedmieściach tego Alkazaru proletariackiej Hiszpanii. W jego zaciśnięte ręce włożono krzyż i przewieziono z tym krzyżem do Bilbao, gdzie cały rząd wysłuchał mszy żałobnej u jego zwłok. Oddziały baskijskie w Asturiach miały swych kapelanów, odprawiały msze. Zakonnice ruszyły, aby nieść pomoc rannym z tego czerwonego piekła, gdzie nie ostał się żaden klasztor, gdzie było tylu męczenników, ilu księży, gdzie brakowało lekarstw, żywności, lekarzy, wszystkiego.
Mogłem dojechać tylko do połowy drogi na Oviedo, z transportem żołnierzy posiłkowych. Ofensywa była już powstrzymana. Kolumny samochodowe wroga przywiozły całe oddziały falangistów, wypoczęte, dobrze zorganizowane. Oviedo dogorywało powoli, czy raczej dogorywały szanse tych, którzy chcieli odbić to miasto. Jednodniowe asturyjskie wspomnienia kojarzą mi się z szarą, żmudną słotą, z opustoszałymi pueblami, zburzonymi domami, spalonymi, zawalonymi w siebie, kościołami. Kraj był pusty, czy też robił takie wrażenie. Otwarły się tu naraz w Europie nowe Dzikie Pola, stratowane wojną. Kilkudniowa ofensywa na Oviedo, niemal niezauważona przez resztę świata, w ogniu walk nad Jaramą664, nie zasługuje zapewne na żadną wzmiankę w militarnych dziejach wojny. W psychicznych zasługuje na jedno z najżywszych przeżyć. Wojskowo była to najbardziej bezsensowna ofensywa: Oviedo, opanowane przez nich, ale nie eksploatowane, niestanowiące punktu strategicznego, położone na peryferiach właściwej walki, było celem szaleńczym. Atak na Toledo, atak z Euskadi na niedalekie Burgos, na Terruel grożący Walencji, na Jaramę — każdy miałby jakiś sens. Oviedo miało być tylko moralnym odwetem za Malagę: Oviedo było świętem miastem legendy robotniczej Hiszpanii, symbolem, sentymentem. Ludzie spod Ovieda, robotnicy asturyjscy, byli najdzielniejszym jeszcze elementem, na który mógł liczyć rząd. Ich odcinek frontu był po prostu tym, gdzie rozkazu do ofensywy wysłuchano. Ofensywa była jednak przeprowadzona w najfatalniejszych warunkach. Brakło oficerów, brakło dowództwa, brakło materiału i współdziałania. Brakło sztabu. Jeśli kiedy była tu walka czysto robotnicza, bez Rosjan i międzynarodówki, bez obcych ludzi w każdym urzędzie, centrali i łączności, to tam właśnie. Oviedo było najbardziej krwawą, najbardziej beznadziejną, najbardziej osamotnioną szarżą robotniczej Asturii. Jedyną pomoc, jaką uzyskało, to z katolickiego Euskadi. Podobno patrząc na księży robotniczych oddziałów z Bilbao, górnicy powiadali, że gdyby sami mieli dawniej takich, toby wszystko poszło inaczej. Bardzo wierzę, że tak mówili. Ale w deszczowym schyłku lutego u stóp ciemnych gór asturyjskich dopalał się już ciemnym płomieniem stos czarnych ludzi z kopalni. Było za późno.
*