Organizacja bojowa małego państwa funkcjonowała sprawnie: niewielkimi, często luzowanymi z frontu siłami, przy doskonale rozwiniętej służbie łączności, rozplanowaniu pozycji, trzymali w szachu znaczne siły nieprzyjacielskie. Organizacja zaopatrzenia w żywność wewnątrz kraju szwankowała z musu. Było coraz gorzej. W Bilbao i pod Bilbao koczowały tysiące uchodźców baskijskich z zajętych przez wojska prowincji. Była to migracja ludów tych rozmiarów chyba co uchodźstwo greckie po wojnie z Turcją665, co polskie w roku 1915666, co rosyjskie w pierwszych latach bolszewizmu. Nierzadko znowu, śladami ludzi z Durango, tutejsi przemykali się do San Sebastian. Linia podziału stała się czymś, co dawno już przestało biec poprzez granicę klas: ludzie z tych samych rodzin i środowisk społecznych należeli do zwalczających się obozów. Im dłużej trwała walka, tym bardziej jej dawny charakter klasowy zdawał się zacierać. Tym bardziej jej sens, oczywiście, malał. Tym bardziej stawała się krwawa i niszcząca.

Wyjeżdżaliśmy dużo wewnątrz kraju, chodziliśmy piechotą przez wieś, mówiliśmy z ludźmi. Spotykało się nieraz po drogach księży baskijskich najspokojniej przechadzających się po kraju. Raz w gospodzie widziałem, jak miejscowy wikary grał w domino z jegomościem w czarno-czerwonych barwach anarchizmu. Innym razem spotkałem pierwszego w mym życiu, a przynajmniej nieukrywającego się masona. Był to zarządca pomocy dla uchodźców w małej wiosce rybackiej, w której musieliśmy nocować, Mundaca. Pochodził z rybaków, był długo w Ameryce, posiadał wykształcenie. Tłumaczył nam długo i szeroko właściwe jego zadanie, cele masonerii. Należał do stronnictwa Azanii, ale zapowiadał, że jeśliby po wojnie Hiszpania miała stać się komunistyczna, Euskadi będzie zmuszona oderwać się od niej w imię demokracji. Robił wrażenie człowieka porządnego i rozumnego, który doszedł do wniosku, że tajemnice w życiu publicznym zdrowe nigdy nie są.

Niestety, wrażeniem nieopuszczającym nas na moment wśród tych wszystkich epizodów było to, że ów ład i spokój, normalne funkcjonowanie tego państewka, wyrosłego w burzy, okupywane jest codziennym powstrzymywaniem naporu anarchii. Mendiguren rozumiał odrazę, gdy proponowano nam uczynienie z kaźni widowiska, ale już jego podkomendni uważali to za nie mniej naturalne niż ich przeciwnicy z Sewilli. Te podskórne nurty duszono, odprowadzano, kanalizowano. Wyrywały się ciągle. Spotkaliśmy gdzieś oficera, którego brat, osiemnastoletni ochotnik, zginął z rąk tłumu anarchokomunistycznego w momencie, gdy po nalocie samolotów faszystowskich czerwoni próbowali w odwecie zdobyć więzienie w celu wymordowania pozostających tam więźniów. W dwa dni po ułaskawieniu obu skazańców z Durango, przed procesem dwóch mężczyzn i trzech kobiet o szpiegostwo, pismo komunistyczne „Euskadi Roja” zażądało dla wszystkich kary śmierci, atakując, a nawet szantażując władzę, wypominając jej niedawne ułaskawienia. „Widzi pan, że to nas jednak kosztuje” — powiedział Mendiguren. Kosztuje, bo podważano autorytet władzy, grano na odjęciu jej zaufania mas, zmuszano do srogości.

Pojechaliśmy pewnego dnia obejrzeć obóz izolacyjny. Wznosił się niedaleko Bilbao, był dopiero w budowie. Lśniły długie drewniane baraki-klitki, narastał wysoki na cztery metry betonowy mur, obwiedziony sowicie drutem, okopany wałem. Była to, zdaje się, jedna z celniejszych „robót publicznych” euskadyjskiego ministra tychże robót, członka partii komunistycznej. Robotnicy zatrudnieni przy budowie, uświadomieni kastylscy komuniści, witali nas ze szczytów rosnącego muru izolacji podniesionymi pięściami. Wśród wsi baskijskiej z domami rozpłaszczonymi niemal u ziemi, te olbrzymie szare ściany, za którymi zamykał się jakiś wykrawek ziemi, sprawiały wrażenie olbrzymiego tekturowego pudła. Ściany pudła nie miały jednak wcale kruchości tektury. Robiły nie tylko wrażenie nowości, ale mocy. Najniezawodniej w starym kraju Basków ziszczała się niespodziewanym konkretem zwrotka Międzynarodówki. Budowały się w naszych oczach pierwsze podwaliny jej nowego ładu.

*

Któregoś dnia spotkaliśmy właśnie u Mendigurena młodego żołnierza. Był to syn średnio zamożnych rolników. Był zarazem jednym z poetów baskijskich. Zaprosił nas do siebie i przyjął w ładnym, miłym mieszkaniu. Miał u siebie piękną potrzaskaną rzeźbę Chrystusa, znalezioną w rynsztoku w Santander. Wiedzieliśmy już, że piśmiennictwo baskijskie stworzyło kilkadziesiąt pism, periodyków i miesięczników o dużych nakładach, prosperujących doskonale, bo czytanych też przez całe to społeczeństwo z chłonnością, z jaką czyta Litwa czy Estonia, gdzie nakłady pism przewyższają o wiele nasze. Stefan Urkiaga’tar667 wyszedł z Munguia, tej samej, co Mendiguren wsi rybacko-pasterskiej. Krzyżowała się w nim przeszłość długich pokoleń marynarzy, którzy na barkach dopływali do Spitsbergenu i dalekich pokoleń juhasów, którzy bydło pędzili aż do hal nawarskich. Teraz walczył na froncie w Asturiach, przyjechał na urlop, miał wrócić. Dał mi wiele fotografii, chciał powiedzieć o literaturze baskijskiej, która z takim trudem, z odległych klechd, pieśni po zmarłych, kołysanek dziecinnych, pastorałek później, przemieniała się na prawdziwe piśmiennictwo w trudnej mowie euskera. Doszliśmy do czasów ostatnich. Zwróciłem wtedy uwagę, że zbyt często, mówiąc o pisarzach współczesnych, kończy: rozstrzelali go tam i tam, wtedy a wtedy. Iluż wreszcie pisarzy baskijskich tak zginęło? Urkiaga’tar wyjął jeden z zeszytów najpoważniejszego miesięcznika baskijskiego i ostatecznie zakreślił piórem sześć nazwisk na kilkanaście, wyliczających autorów współpracujących z tym pismem. Tych sześciu to byli ludzie rozstrzelani w Guipuzcoa i Nawarze przez armię gen. Moli. Więc ksiądz Aristimuno, redaktor najpoważniejszego, wydawanego swobodnie za monarchii, miesięcznika literacko-społecznego Basków „Yakintza”, periodyku „Euskerea”, publicysta i poeta; ksiądz Jauregui, poeta; Lemona, prozaik i poeta; Onandia, nowelista; Aberri, powieściopisarz; ksiądz Markiegi, znany tłumacz. Nie robił przy tym żadnej propagandy. Stwierdzał. Ale i ja nie potrzebowałem też nic więcej. Nie wiem, czy ci ludzie byli Szekspirami czy Goethemi, nawet przyjmuję, że było im do tego bardzo daleko. Ale w najśmielszych obliczeniach naród baskijski to nie więcej niż półtoramilionowe społeczeństwo. Co by było, gdyby u nas rozstrzelano sześciu poetów, pisarzy publicystów? Dla nas, dla dużego narodu? Co znaczyło tych sześciu dla małego szczepu Basków? Oczy poety patrzały zbyt poważnie i twardo, żeby o to pytać. Powtórzyłem więc sobie to, co powiedział mi był Aguirre, o rozstrzelanych trzydziestu dwóch księżach, że to już nie są sporadyczne wypadki, że to jest system, który ma pozbawić naród baskijski księży ich mowy. Teraz pozbawiano tę mowę jej pisarzy.

Rozmawiający ze mną zachowywał, mówiąc o tym, zupełny spokój. Tak, zabito. Tak, to były ofiary, jeszcze jedne, walki, oto były jeszcze jedne straty i poprzez nie będzie musiał iść dalej naród euskaryjski, Euskaldun, jak oni tam mówią, i poprowadzić swą walkę dalej. Dla niego było to takie jasne, jak jest jasne dla synów rybackich, że i oni kiedyś popłyną na morze, że i ich kiedyś weźmie, jak dla synów dziesiątka pokoleń pasterskich jasne jest, że i oni pogonią kierdel668 na hale. Teraz, na urlopie, przed nową kampanią, może ostatnią dla niego, wykończył ten Żuławski669 baskijskich legionów swoje wielkie dzieło. Rozpowiedział mi o nim z radością. Oto chciał rozpocząć przyswajanie mowie euskaryskiej wielkiego cyklu dramatycznego starożytnej Hellady670. Przyznam się, że pochwycił mnie myślą. Pierwotna literatura Basków, ta sprzed najdawniejszego chrześcijańskiego okresu, dotrwała jedynie w strzępach. Naród nie posiada wielkiej poezji swych najwspanialszych czasów. A owe czasy, współczesne epoce, kiedy lata w Grecji liczyły się od igrzysk olimpijskich, mogły być dziwnie podobne greckim. Jednaka ziemia, między postrzępionymi falą morską zatokami a szczytami bliskich gór, jednaki lud rybacko-pastersko-żołnierski, jednakie rozbicie na kantony małych pół republik, pół królestw, jednaka demokracja plemienna. Kto wie, czy ongi surowa Nawarra nie była Spartą tej rasowej jedynie wspólnoty, kto wie, czy morska Guipuzcoa nie była jej Attyką, rolnicza Alava — Tebami, kto wie, czy pod dębem Guerniki nie wieszczono dawniej jak pod świętym dębem Zeusa, w dalekich czasach, gdy chłodna Kastylia, jak ziemia Filipa i Aleksandra671, nie wynurzyła się jeszcze z fal dziejów? Kto wie, czy w Sofoklesie672 i Homerze nie odnajdzie się literatura najbardziej swoja, najbardziej bliska tej, która tu bez pamięci znikła?

Urkiaga’tar był owładnięty tą myślą. Wziął się do przekładów z greckiego. Dzieła te dziwnie łatwo dawały się przekuwać w twarde dźwięki euskary. Wiedział, że może nie będzie mógł tego skończyć. Chciał jednak przynajmniej pchnąć literaturę baskijską, cały wysiłek utrzymania przez nią świadomości narodowej, na tę drogę. Na pierwsze wybrał Antygonę Sofoklesa. Siedzieliśmy w pokoju, wśród książek. Miał na kurtce naszywki sierżanta. Czytał mi po grecku wielkie strofy chórów attyckich, potem swój przekład. Biała Antygona, losem ścigana dziewczyna, stawała teraz inaczej niż w suchej gimnazjalnej lekcji. Oto były znów Teby i wyrocznia, i zbrodnia Edypa. Oto brat tej dziewczyny był zamordowany, ciało jego rzucone na żer ptakom, nie wolno go było pogrzebać, bo niepogrzebane ciała nie znajdą szczęścia na tamtym świecie. Władze zakazały surowo, ale siostra pamięta o bracie, zagrzebuje jego zwłoki, jak jej to każe, silniejsza nad moce ustaw, wola praw bożych. Dalej, z mocy tych ustaw idzie na śmierć, w loch, gdzie pogrzebią ją żywcem:

I nie zaznawszy rozkoszy wesela,

Ni matki uczuć, ni dziatek pieszczoty,