— I w jaki sposób raz byłem na zewnątrz, a raz wewnątrz niej?

— I to także.

— I skąd brało się tam światło, chociaż dokoła była zupełna ciemność?

— Tak.

— A więc mówże pan!

— Dwa słowa są kluczem zagadki — powiedział fizyk. — Był pan w przestrzeni sferycznej.

Przysunął się do stołu.

— W jaki sposób możemy dostrzec jakiś przedmiot? Tylko w taki, że odbite od niego promienie świetlne dochodzą do naszych oczu. Kiedy zaś wszystkie promienie zostają zamknięte w ograniczonej przestrzeni i muszą w niej pozostać, cała ta przestrzeń staje się dla stojącego na zewnątrz obserwatora niewidoczna, i to nie tak, jakby się tam znajdowała jakaś czarna plama. Promienie świetlne z okolicy bądź omijają to miejsce, bądź w nie wpadają. W obu wypadkach przestrzeń sferyczna — bo to jest właśnie ta „pułapka świetlna” — zostaje niewidoczna. Patrzący ma wrażenie, że z krajobrazu została wykrojona jego część, a brzegi wycięcia spoiły się ze sobą w niedostrzegalny sposób. Stanąwszy przy pierwszym aparacie na wzniesieniu, zatrzymaliście się, nie wiedząc, co robić, ponieważ nie mogliście dojrzeć Białej Kuli. Znikła. Tak było, nieprawdaż?

Obaj z Oswaticzem przytaknęliśmy.

— Otóż ona była, lecz niewidzialna dla was. A oto wyjaśnienie. Kiedy Biała Kula działa, wytwarza pole grawitacyjne, które zakrzywia przestrzeń. Kiedy to zakrzywienie przekroczy pewną granicę, przestrzeń jakby,zawija się” i zamyka w sobie. Powstająca w ten sposób przestrzeń sferyczna może rozdymać się lub kurczyć jak pęcherz, zależnie od siły pola. Kiedy Oswaticz znalazł się przy dziesiątym aparacie, nastąpił nagły skok potencjału grawitacyjnego, przestrzeń sferyczna rozdęła się i pochłonęła miejsce, na którym stał. W następnej chwili grawitacja zmalała i przestrzeń sferyczna skurczyła się, ale w tym czasie Oswaticz zdążył już podejść bliżej ku Białej Kuli i dlatego Smith zobaczył tylko puste miejsce. To jest rozwiązanie pierwszej zagadki, zagadki zniknięcia. Dalej. Zobaczył pan tęczę — zwrócił się fizyk do Oswaticza. — Jest to bardzo ciekawe.