Pochyliliśmy się nad stołem, patrząc w miejsce wskazane przez matematyka, który mówił dalej:
— Gorzej byłoby, gdybyśmy wylądowali w okresie fazy ujemnej… Człowiek, zbliżając się do Kuli, przestałby być przyciągany przez planetę, mógłby unieść się jak balon w górę i poszybować w przestrzeń międzygwiezdną… no, ale mniejsza z tym. To wszystko wciąż jeszcze obraca się wokół tego, jak maszyna działa — według słów kolegi Lao. Najważniejsza jest odpowiedź na pytanie, co może oznaczać ten zawiły cykl grawitacyjny, trwający 296 godzin, po czym wszystkie skoki i wahania potencjału powtarzają się od początku. Jakie może być przeznaczenie, jaki sens tak potężnych wyładowań energii?
Matematyk zatrzymał się. Uderzając po każdym słowie palcem w stół, powiedział:
— Same w sobie zjawiska wywoływane przez Białą Kulę nie mogą przerazić czy zadziwić nas, badaczy i uczonych. Dziwi nas natomiast i przeraża coś innego: to, że one nie mają żadnego sensu i w ogóle niczemu nie służą!
Czułem, jak lodowacieje mi serce.
— Jak… jak pan to rozumie, panie profesorze? — spytałem zniżając mimo woli głos.
— Tak jak powiedziałem. Nie mogę do tego dodać ani słowa.
— Ależ zaraz, pozwól pan, nie pojmuję, więc stworzenie takiego bieguna grawitacyjnego nie ma, według pana, żadnego sensu? Może my, na Ziemi, nie budowaliśmy ich, ale…
— To nieporozumienie — zauważył fizyk. — Znamy powód, dla którego można stworzyć biegun grawitacyjny. Mam na myśli wyrzucanie pocisków międzyplanetarnych.
— A więc Biała Kula?…