Żal mi było niesamowitego obrazu, jaki wywołało przypuszczenie Oswaticza.

— A czy nie może ona posiadać wysokiej inteligencji? — zacząłem, lecz Chińczyk zaprzeczył ruchem głowy.

— Nie, nie może. Nie może, bo jest bardzo wąsko wyspecjalizowana. Potrafi tylko jedno: wytwarzać elektryczność.

— Ale może właśnie to jest dowodem daleko posuniętego rozwoju — powiedziałem — a inteligencja…

— To nie ma nic wspólnego z inteligencją — wyjaśnił Chińczyk. — Czy nazwie pan Słońce inteligentnym tylko dlatego, że umie tak oszczędnie gospodarować energią atomową? Inteligencja oznacza nie wąską specjalizację, lecz jej zupełne przeciwieństwo — najwyższą, najbardziej uniwersalną wszechstronność.

— A więc — zawołałem — gdzież oni są, ci prawdziwi mieszkańcy planety? Dlaczego nie możemy ich napotkać?

Gdzie się ukrywają?!

— Obawiam się, że… nigdzie — rzekł Chińczyk. Wstał, owinął się szczelnie kolorowym jedwabiem i utykając ruszył ku drzwiom. Wyszedł z kajuty pozostawiając nas wstrząśniętych przeczuciem niepojętej grozy, która stała za jego słowami.

Miasto

Zmienialiśmy się z Sołtykiem przy sterach. Kosmokrator, lecąc na wysokości czterdziestu kilometrów, zataczał wielkie koła. Zostawała za nim smuga pary kondensującej się w rozrzedzonej atmosferze wokół gorących gazów wylotowych. Utworzony w ten sposób mglisty pierścień wisiał nieruchomo nad chmurami i błyskał oślepiającą tęczą nad niskim słońcem, kiedy krążąc powracaliśmy własnym śladem. Mknęliśmy tak od wielu godzin, co kilkanaście minut pojawiało się w ekranach słońce, rzucało ostre światła na ściany Centrali i znikało; motory śpiewały cicho, a w dole rozpościerała się niezmącona, biała jak śnieg równina obłoków.