W czasie wolnym od dyżurów spotkałem kilka razy Arseniewa. Kroczył centralnym korytarzem, chmurny, z rękami założonymi w tył. Zagadnąłem go, lecz nie odpowiedział. Znikł w kabinie Maraxa, nad którą płonęło czerwone światło. Potem widziałem Rainera, jak niósł z laboratorium kasety filmów; w przejściu obrzucił mnie nie widzącym spojrzeniem.

Kiedy w jakąś godzinę później przechodziłem koło laboratorium, posłyszałem muzykę. Zajrzałem do środka. Z głośnika dobiegały majestatyczne tony piątej symfonii Beethovena. Czandrasekar stał nieruchomo przy aparacie. Nie ruszałem się z miejsca, aż muzyka ucichła. Matematyk nadal stał z lekko uniesioną głową, jakby nasłuchując ciszy.

— Profesorze… — odezwałem się. Teraz dopiero mnie spostrzegł.

— Proszę?

— Chciałem… czy można spytać, co robicie?

— Bawi się z nami jak kot z myszą — mruknął Czarndrasekar. Ominął mnie i skierował się ku drzwiom.

— Kto, Arseniew? — spytałem jeszcze.

— Ależ nie! Marax!

Nic więcej się nie dowiedziałem. Poszedłem do Centrali. Była czarna noc, lampki wszystkich zegarów pulsowały rzucając na ściany mgławy poblask. Kontrolne przyrządy Maraxa wyskakiwały z tła jaskrawymi światłami, jakby tylko on jeden czuwał w głębi uśpionego statku. Spokój ten był pozorny. Powróciwszy na korytarz usłyszałem, jak uczeni spierają się o coś gorąco. Zadudnił baryton Arseniewa, potem cicho, beznamiętnym głosem odpowiadał Lao — Czu. Od dyżuru dzieliły mnie jeszcze cztery godziny, ale nie chciało mi się iść do kajuty. Wróciłem do Centrali. Sołtyk siedział pod tablicami Maraxa i w silnym blasku, który z nich padał, wpatrywał się w wielką płachtę papieru. Był to, jak mi się wydawało, plan jakiegoś miasta.

— Co to? — spytałem.