— Warszawa — odparł nie podnosząc głowy. Wodził powoli palcem po planie, mylił się i powracał na utracony szlak, niby w wyimaginowanej wędrówce ulicami miasta.
— To twoje miasto rodzinne? Opowiedz mi o nim, nigdy go jeszcze nie widziałem.
Spojrzał na mnie z roztargnieniem, potem wrócił do planu.
— Nigdy nie byłeś w Warszawie? — spytał takim tonem, jak gdyby mówił: „nigdy nie widziałeś Słońca?”
Usadowiłem się na fotelu i przez jego ramię zerknąłem na kolorowe wielokąty. Sołtyk składał powoli arkusz.
— Kiedy myślę o Ziemi — odezwał się — to zawsze ona przychodzi mi na myśl.
Urwał.
— Dużo jest miast większych… Znowu się zawahał.
— I wspanialszych, ale ona jest… bardzo piękna.
Było to wyznanie tyleż nieśmiałe, co bezradne. Umilkliśmy obaj. W jakiś dziwny sposób przez mgnienie widziałem białe, strzeliste mury ponad zielenią drzew.