Rozległ się wysoki sygnał brzęczyka. Drgnąłem.

Sołtyk spojrzał na zegary Maraxa.

— Widzisz…? Stanął… pierwszy raz od szesnastu godzin…

Podniósł słuchawką telefonu. Mówił Arseniew. Polecił mi przyjść z narzędziami do kabiny, gdyż w urządzeniach chłodzących Maraxa powstało uszkodzenie.

W kabinie oprócz astronoma byli Czandrasekar i Lao — Czu. W powietrzu wisiała woń przegrzanych przewodów. Długimi liniami paliły się czerwone sygnały na zablokowanych wyłącznikach. Arseniew chodził tam i z powrotem w przejściu pomiędzy odchylonymi tablicami rozdzielczymi.

Jak się okazało, pompa aparatury chłodzącej zatarła się i temperatura lamp wzrosła powyżej granicy bezpieczeństwa.

Mimo to uczeni nie wyłączyli Maraxa, dopóki nie ukończyli obliczeń. Jakiś kwadrans krzątałem się przy rurach pośród ogromnych kapacitronów, wchodziłem do wąskich studzien pod podłogą kabiny, gdzie znajdują się pompy odśrodkowe, i tam, w nieznośnym gorącu i niesamowitej ciasnocie, pośród kabli wijących się jak korzenie drzewa pod ziemią, wymieniłem zatarte łożyska. Kiedy uszkodzenie zostało usunięte i miałem już wyjść z kabiny, Arseniew zatrzymał się w swojej wędrówce. Stanął przede mną i spytał:

— Pan wie, że krążymy nad Martwym Lasem? Przytaknąłem.

— Co pan sądzi o jego powstaniu?

— Nie jestem fachowcem, geologiem, więc…