Pot zalał mi całą twarz. Teraz byłem już zupełnie pewny, że za mną idzie ktoś, ale to nie jest człowiek. Nagle stanąłem. Krok ucichł. Postąpiłem naprzód. Znowu się odezwał.

Ogarnął mnie gniew. Zerwałem z ramienia miotacz, złożyłem się i, pochylony jak do skoku, zwróciłem się w głąb ulicy.

Była pusta. W jasnym świetle widziałem jej zwężającą się perspektywę aż tam, gdzie schodziła się z innymi światłami. Przez chwilę rozglądałem się błędnie. Potem przewiesiłem miotacz przez ramię… Usłyszałem stąpnięcie… podrzuciłem go… i rozległ się drugi krok… ależ tak! Odgłos, który wziąłem za stąpanie, powodowała sprzączka rzemienia ocierająca się rytmicznie o fałdy kombinezonu, a ja brałem ten bliski, tuż przy uchu powstający szelest za echo kroków.

Zawstydzony, odwróciłem się. Wtem nad budynkami wykwitły jeden za drugim trzy czerwone płomienie. Zachwiały się i poszybowały wolno w dół, ciągnąc za sobą ogony purpurowych iskier. Przyspieszyłem kroku i wnet ujrzałem Arseniewa. Stał na eliptycznym wzniesieniu.

— Zdaje się, że to tu — powiedział. Skręciliśmy w bok. Otwierał się tam płytki tunel. Jego otwór przypominał wygiętą ku dołowi, rozwartą paszczę wieloryba. Podobieństwo wzmagał zwisający z nadproża rząd krótkich szklistych kolców, niby kłów. Było tam ciemno. Arseniew zapalił latarkę i wstąpił do środka. Wszedłem za nim. Droga wiodła w dół pochylnią, która zakręcała koliście. Zrozumiałem, że schodzimy coraz niżej pod poziom gruntu. Trwało to długo. Od czasu do czasu w ścianach pojawiały się owalne otwory innych tuneli; Arseniew patrzał wtedy na tarczę aparatu indukcyjnego: szliśmy wciąż śladem niewidzialnego przewodu. Nagle podłoga odezwała się inaczej: stąpaliśmy po metalu. Drogę zastąpiły trzy wielkie rury, biegnące z jednej ściany w drugą. Przez szczeliny między nimi przesiewał się niepewny blask. Z trudem przecisnęliśmy się pod najniższą rurą. Wylazłem pierwszy i zmrużyłem oczy, oślepiony.

Przed nami była zalana światłem pochylnia. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i ukazała się wielka sala. Strop mienił się ruchliwym zielonkawym blaskiem, jak powierzchnia morza, na którą pada promień Słońca. Miarowo rozjaśniał się i przygasał. Sala była okrągła, przedzielona z dwu stron wysuniętymi skarpami. Dobre oświetlenie pozwoliło mi upewnić się, że coś, co spostrzegłem jeszcze w tunelu, nie było złudzeniem: cienka powłoka glazury na kamiennych ścianach wskazywała, że musiał tu kiedyś panować niesłychany żar. Pod skarpami leżały częściowo stopione walce z białej masy, przypominającej porcelanę. Ze stropu, z otworów, w których tkwiły obłamane i nadtopione rurki, zwisały dziesiątki porwanych przewodów. Niektóre dochodziły do owych walców i czegoś w rodzaju zakończonych kulami rogów, rozchodzących się promieniście z wypukłości w samym środku stropu. Ale nie ów chaos zagadkowych urządzeń spowodował, że stanęliśmy u wejścia jak wryci. Głębiej, w ścianie, widniała wielka wklęsła płaszczyzna, po której chodziły świetliste węże. Długie krzywe linie, świecące błękitnie i biało. Czasem łączyły się w pęki, trzepotały i rozchodziły w różne strony. Jakby ożywione warstwice na wielkiej mapie.

Bo to była mapa.

Wielka, ruchoma mapa. Kiedy przyjrzałem się jej dokładniej, spostrzegłem, że za szklistą powierzchnią rozbiega się tam głębia, pełna świateł, drobnych iskier i wielkich jak lampy kuł, które wirowały, oddalały się, zbliżały, krzyżowały swoje tory i opromieniały wzajemnie.

Słyszałem oddech Arseniewa. Stał przy mnie. Przed nami sunęły ekliptyki, rozpryskiwały się bukiety gwiazd i czarne, wielkie mgławice jak chmury okrywały grupy pulsujących świateł. Czasem ostry promień przecinał przestrzeń, jak gdyby gonił którąś z planet, a ona wirowała powoli, ciężko, obojętnie, przesuwając przed nami kontury nieznanych lądów. Tam gdzie światło było tylko brzaskiem, unosiły się i opadały całe archipelagi gwiazd.

Było bardzo gorąco. Strop pulsował światłem i nasze skrócone cienie na jasnej podłodze to rozpływały się, to nagle wyostrzały.