— Gdzie my jesteśmy?… — zawahałem się. — To jakieś planetarium?
Astronom skierował się w milczeniu przed siebie. Przeszliśmy przez środek sali. Za jedną ze skarp otwierał się okrągły chodnik. Tylko dno było oświetlone na niewielkiej przestrzeni padającym z sali światłem.
Arseniew doszedł już do środka, gdy odwróciłem się, aby raz jeszcze spojrzeć na niezwykłe planetarium.
— Tam jest jakby niebo… gwiazdy… — powiedziałem — ale co znaczą te linie świetlne?
Nagle zadrżałem.
— Tam! Ziemia!
Podbiegłem do przejrzystego ekranu. Glob o perłowym blasku dalekich obłoków wynurzył się z ciemności. Wirował wolno, nachylony do ekliptyki. Nad nim czerniał Księżyc w nowiu. W pełnej gwiazd przestrzeni szła Ziemia, kula matowych świateł, coraz bliższa i bliższa. Już zakrzywiała się jej droga. Wtedy ujrzałem, że znacznie głębiej biegnie Wenus. Poznałem ją po puszystym blasku, bielszym od ziemskiego. Tryskał z niej promień, który dochodził do Ziemi i mocnym światłem oblewał morza obłoków.
— Co to?… — wyszeptałem chwytając Arseniewa za ramię. Milcząc podniósł rękę i wskazał coś, czego dotąd nie dostrzegałem: dwa wyryte w kamieniu, przekreślone grubą linią pierścienie.
— Co to wszystko znaczy?
— Teraz już nic — powiedział Arseniew. — Już nic… Bezwładny ruch raz puszczonego mechanizmu, który będzie trwał…