— Nie, to nie jest metal — zauważył jeden z jego kolegów.

— A więc to metal czy nie? Nie wiesz? A jaka jest jego budowa?

— Tam są takie „oczka” — zaczął, ktoś, lecz nie podtrzymany umilkł.

Nastąpiła ponura cisza.

— Tak — rzekł inżynier. — Więc obaj mieliście rację. Bersil jest i nie jest metalem. Jak wskazuje nazwa, składa się z dwu pierwiastów: z BERylu i SILicium, to jest krzemu. Pierwszy jest metalem, a drugi nie. Każdy z tych pierwiastków posiada strukturę krystaliczną, to znaczy siatkę przestrzenną, w której narożach siedzą atomy. Bersil powstaje w ten sposób, że w puste miejsca siatki krystalicznej jednego pierwiastka wstawia się siatkę drugiego. Tworzy się „plecionka atomowa” nadzwyczaj odporna i twarda. A więc mamy już sam pocisk. Przejdziemy teraz do siły napędowej. Spójrzcie na plan Kosmokratora. Cała jego tylna część to pomieszczenie silnikowe. Od reszty rakiety oddziela ją dwumetrowy ekran, pochłaniający promieniowanie. Idąc od przodu ku tyłowi widzicie najpierw naszą „wytwórnię paliwa”. Jest to stos atomowy, wytwarzający communium. Na pokładzie nie mamy gotowego paliwa, lecz sami je sobie wytwarzamy z innych pierwiastków. Stos nasz, naładowany do pełna, może wyprodukować około 40 kg communium. Wydaje się to niewiele, lecz wystarczy dla odbycia kilkudziesięciu podróży do kresów naszego układu słonecznego. Proces wytwarzania communium toczy się stale, także i teraz, ale nadzwyczaj powoli, zaraz go zobaczymy.

Inżynier nacisnął dźwigienkę. Natychmiast rozjaśniły się tarcze dwu zegarów, a na najwyższym „oku owadzim”, a właściwie małym ekranie katodowym, zajarzyła się wstęga, która poczęła wolno pulsować.

— Teraz stos nastawiony jest na bieg jałowy. Dla rozruchu wyciąga się zabezpieczające blendy kadmowe za pomocą tego regulatora — inżynier położył dłoń na dużej, czarnej rękojeści. — Wtedy ilość swobodnych neutronów we wnętrzu stosu powiększa się wieleset milionów razy i produkcja communium ulega przyspieszeniu. Cóż dzieje się dalej? Atomy communium zostają za pomocą dmuchawy wessane do następnej komory, która na planie nosi nazwę POLE, ponieważ jest tam elektromagnes wytwarzający pole magnetyczne. Pole musi być bardzo silne, dlatego elektromagnes waży ponad 400 ton, to jest więcej niż szósta część wagi całej rakiety. Elektromagnes, jak pewno wiecie, wytwarza temperaturę zapłonu communium. Pomiędzy jego biegunami powstaje kula rozżarzonych gazów. Jest to po prostu małe sztuczne słońce, które wirując w polu magnetycznym wyrzuca strumień cząstek o chyżości kilku tysięcy kilometrów na sekundę. Gdyby nie pole magnetyczne, cząstki pękających atomów wylatywałyby nie tylko dyszami, lecz pędziłyby we wszystkie strony. Dawniej, przy bardzo wielkich stosach, tak zwanych „piecach uranowych”, wytwarzała się taka masa neutronów, że w promieniu kilkudziesięciu metrów wokoło trzeba było stwarzać strefę bezludną i wszystkimi operacjami przy stosie kierować spoza grubych murów ochronnych. Obecnie, dzięki możliwości dowolnego kierowania deuteronów, wszystko to należy do historii i pozostały nam po tym tylko bardzo grube mury jak ten, pod którym jechaliśmy tutaj. Teraz rozumiecie, że ten dwumetrowy ekran ochronny pomiędzy komorą silnikową a mieszkalną częścią rakiety nie ma znów bardzo dużego znaczenia. Gdyby pole nagle znikło, to w naszą stronę, w głąb rakiety, runęłaby powódź szybkich cząstek o takim natężeniu, że żaden ekran nic by tu nie pomógł. Dam wam przykład ilustrujący to. co powiedziałem. Zbliżając twarz do płomienia, mogę uchronić się od poparzeń, jeżeli będę silnie dmuchał odrzucając od siebie rozgrzane gazy. Mniej więcej taką rolę spełnia wobec rakiety elektromagnes, który kieruje strumienie cząstek do dysz. W ten sposób powstaje silą poruszająca. Pozostaje nam jeszcze do omówienia żegluga. Cała astronautyka składa się właściwie z dwu wielkich rozdziałów. Pierwszy — to start i lądowanie, a drugi — właściwy lot w próżni. Jedno i drugie nie jest bynajmniej proste. Gdybym włączywszy rozruch przełożył tę dźwignię do końca, silnik ruszyłby pełną mocą… to znaczy rozwinął dzielność 3 700 000 koni mechanicznych. Jednakże tak zrobić nie można… bo wszyscy znajdujący się w rakiecie ponieśliby natychmiast śmierć!

— Dlaczego?

— Rakieta, ruszając takim zrywem, osiągnęłaby przyspieszenie około 900 razy większe od ziemskiego. Przyspieszenie ziemskie to siła, z jaką Ziemia przyciąga wszystkie przedmioty na swej powierzchni. Człowiek poddany przyspieszeniu dwa razy większemu waży jak gdyby dwa razy więcej niż normalnie, trzykrotnemu — trzy razy, i tak dalej. Spójrzcie na ten wielki zegar. Podziałka jego jest wyskalowana w jednostkach „g”, to znaczy jednostkach przyspieszenia. Wskazuje on, jakie przyspieszenie ma rakieta. Podziałka, jak widzicie, kończy się przy 50 g. Przy 6 g jest czerwona kreska, a przy 9 — dwie. Otóż człowiek może znieść przez dłuższy czas przyspieszenie około 4 g, a mniej więcej przez pół godziny — 7 g. 20 g można wytrzymać tylko przez kilkadziesiąt sekund. A przyspieszenie 3900 g zmiażdżyłoby po prostu jak prasa wszystkich obecnych w rakiecie! Tak więc rakieta startując nie może rozwinąć przyspieszenia większego niż 6–7 g i dlatego na tarczy jest w tym miejscu czerwony znak. Ale i tak ten oto bezpiecznik nie pozwala na rozwinięcie większego przyspieszenia. Bezpiecznik ten można jednak w pewnych okolicznościach usunąć.

— A po co?