— Bo można wyrzucić pocisk w ogóle bez załogi, i tak robiliśmy właśnie przy pierwszych próbach lotu. Wtedy nie ma ograniczeń i można włączyć silniki całą mocą. To samo dotyczy również hamowania: wytwarza się wtedy przyspieszenie, tylko odwrotnie skierowane. Łatwo to sobie uzmysłowić; przypomnijcie sobie, co się dzieje, gdy siedzicie w wagonie, który nagle rusza: odczuwa się wtedy szarpnięcie do tyłu, a gdy wagon hamuje — szarpnięcie w przeciwnym kierunku. Szybkość w czasie startu nie może przekroczyć pewnej granicy także i z innego powodu. Rozgrzewając się od tarcia o atmosferę, pocisk mógłby stanąć w płomieniach i spłonąć, mimo że jest tak wytrzymały. Pamiętajcie, że lecąc ze zwykłą szybkością podróżną rakieta może z łatwością przegonić pocisk armatni! Przy szybkościach naddźwiękowych, jakie wówczas osiąga, opór powietrza jest olbrzymi. Stosowano różne metody w celu zmniejszenia go. Kosmokrator ma dokoła dziobu otwory, którymi w czasie przebijania atmosfery wytryska pod ciśnieniem wodór. Pomiędzy bokiem pocisku a powietrzem tworzy się cienka warstewka wodoru, poruszająca się z połową szybkości rakiety. Jest to tak zwana faza o szybkości pośredniej. Na skutek tego temperatura powłoki nie przekracza 1000 stopni. Jest to znośne dzięki naszym maszynom chłodzącym. Gdyby jednak z jakichkolwiek powodów temperatura rosła dalej, to inny automat zmniejsza parcie gazów wylotowych, dławiąc silniki. W ten sposób pokonaliśmy zasadnicze trudności startu. A teraz przekonamy się, co by się stało, gdyby dostał się tu ktoś niepowołany.
Inżynier szybko włączył dźwignię rozruchu. Natychmiast fioletowa wstążka, leniwie wijąca się na tarczy oscylografu, zaczęła prężyć się i drgać coraz szybciej. Wskazówki na zegarach ruszyły w prawo. Panowała zupełna cisza, spotęgowana jeszcze tym, że wszyscy, stłoczywszy się głowa przy głowie, powstrzymywali oddech. Wskazówki szły wciąż w prawo. Zapalały się i gasły coraz inne sygnały. Inżynier nacisnął drugą dźwignię i trzy ekrany w czarnej „głowie” zajarzyły się błękitnawym światłem.
— Jak widzicie, proces wytwarzania communium przyśpiesza się. Możemy ruszać!
Inżynier chwycił niespodzianie za rękę najmniejszego chłopca, który, wciśnięty pomiędzy kolegów, stał tuż przy nim, i jego palcem nacisnął czerwony wyłącznik pod napisem START.
Chłopiec krzyknął i targnął się wstecz, ale zatrzymał go zwarty mur napierających kolegów, którzy z rozszerzonymi oczami, bez tchu, czekali katastrofy. Nie stało się jednak nic. Na jednym z ekranów pojawiła się na ułamek sekundy trzepocąca eliptyczna linia, a potem zapłonęły trzy czerwone lampki i wszystkie światła na pulpicie zgasły. Za to na jednej ze ścian zawyła przerywanym głosem syrena. Inżynier roześmiał się.
— Myślicie, że naprawdę chcę was wyprawić do nieba?
No, nie bójcie się… Nic się nie stało i nie mogło stać. Po prostu zadziałał Prediktor!
Aczkolwiek chłopcy nie rozumieli, co zaszło, nikt nie chciał pytać. Wszyscy byli ogromnie zawstydzeni, a to, że inżynier widział ich przestrach, jeszcze bardziej ich uraziło.
— No no, nie gniewajcie się… Inżynier spoważniawszy tłumaczył:
— Człowiek nie jest w stanie skontrolować pracy wszystkich silników i instrumentów równocześnie. Oprócz tego jego reakcje przy takiej szybkości, jaką rozwija Kosmokrator — już w pierwszych 10 minutach przeszło 3 kilometry na sekundę — stają się zbyt powolne. Jeżeli w odległości pięciu kilometrów od rakiety wyłoniłby się z chmur samolot, to zanim pilot cośkolwiek by przedsięwziął, nastąpiłoby zderzenie. 0,4 sekundy mija, zanim obraz zbliżającego się samolotu dotrze do mózgu. W tym czasie rakieta przeleci prawie półtora kilometra. Ale pilot nie rozpoznał w tym czasie obrazu, tylko go spostrzegł. Na to potrzeba jeszcze prawie całej sekundy, a wtedy będzie już 4,5 kilometra dalej i po zderzeniu! Poza tym przy starcie człowiek nie jest w pełni władz fizycznych. Panuje wtedy przyśpieszenie równe 6 do 7 g. Takiego przyśpieszenia doznaje pilot samolotu odrzutowego przy wykonywaniu ewolucji. Widzieliście może, jak wygląda siedzenie w takim samolocie? To jest właściwie „leżak”, a nie siedzenie, bo pilot leży tam na brzuchu, z brodą podpartą gumową poduszeczką. Chodzi o to, że pod wpływem rosnącego przyśpieszenia pierwsze zawodzi krążenie krwi. Krew staje się jakby „za ciężka” i serce nie ma dość siły, by ją przepompować do odległych części ciała, a jedną z nich jest mózg. Dlatego przy wirażach i pętlach bardzo często robi się pilotom ciemno przed oczami. To znaczy po prostu, że krew nie dopływa do tylnej części mózgu, gdzie jest ośrodek wzroku. Tak więc rozumiecie, że człowiek nie może bezpiecznie pokierować rakietą w czasie startu. Zastępuje go urządzenie, które macie przed sobą — inżynier położył rękę na lśniącej, gładkiej pokrywie „głowy owadziej”. — Nazywa się Prediktor. W czasie żeglugi w próżni trzeba utrzymywać statek na właściwym kursie. Rakietę można by przez całą drogę napędzać silnikami, ale byłoby to zbyteczne marnotrawienie energii. Wystarczy bowiem oddalić się na pewną odległość od Ziemi i wyłączyć motory. Statek leci wtedy tylko dzięki przyciąganiu Słońca, podobnie jak planety. Są to tak zwane orbity naturalne. Są także inne, tak zwane orbity wymuszone, kiedy statek pomaga sobie silnikami, lecąc jak gdyby „na przełaj” czy też „pod prąd”, zwalczając siły grawitacji słonecznej, kiedy chce sobie skrócić drogę. To, co na zwykłym statku należy do kapitana i sternika, a więc obliczanie kursu, utrzymywanie go, wymijanie przeszkód, no i samo czuwanie nad przyrządami — to wszystko wykonuje u nas Prediktor. Statek, jak wiecie, wiruje w próżni wokół długiej osi, żeby stworzyć sztuczne pole ciążenia. Dlatego na przedzie w dziobie znajduje się nadajnik radarowy, którego antena kręci się w przeciwną stronę z taką szybkością, by pozostać nieruchomą w stosunku do gwiazd. Dzięki temu Prediktor w każdej chwili orientuje się, jaki jest kierunek lotu i jego szybkość. Radar można by nazwać zmysłem wzroku Prediktora. Poza tym, że podaje informacje o położeniu statku, ma on jeszcze jedno niezmiernie ważne zadanie. Mianowicie w próżni zachodzi stałe niebezpieczeństwo zderzenia z meteorami. Był to prawdziwy koszmar pierwszych astronautów. Prediktor potrafi dzięki wirującym radaroskopom unikać takich groźnych spotkań. Prócz „zmysłu wzroku” posiada on „węch chemoelektryczny”, wrażliwy na skład powietrza wewnątrz rakiety, które oczyszcza i zmienia samoczynnie. Ale bodaj najważniejszy jest jego zmysł równowagi, bez którego lądowanie byłoby w ogóle niemożliwe. W pobliżu wielkich ciał niebieskich są tak zwane strefy zakazane, w których wytworzone przez siłę ciężkości tarcie przypływowe mogłoby rozerwać rakietę. Prediktor umie omijać takie niewidzialne rafy dzięki urządzeniu grawimetrycznemu. Przy lądowaniu zaś, kiedy statek zbliża się do planety z otwartymi dyszami hamowniczymi, Prediktor obejmuje rolę kierowniczą i, rejestrując w ułamkach sekundy zmiany szybkości własnej, kąt zbliżania się do gruntu, opór powietrza oraz stateczność pocisku — reguluje pracę silników.