— Trudno to wyjaśnić w kilku słowach. Marax jest to… no, najprościej można go nazwać bardzo wszechstronną maszyną do liczenia.
Twarze chłopców wyrażały zdziwienie. Niektórzy spoglądali na siebie, lecz nikt się nie odezwał.
— No, więc idziemy — rzekł inżynier. — Może innym razem dowiecie się czegoś więcej…
Skierowali się już ku drzwiom, gdy rozległ się głos, który nie należał do żadnego z nich:
— Inżynierze… jedną chwilkę.
Spojrzeli w tył. W przejściu między dwiema równoległymi tablicami rozdzielczymi, jakby w dziwnych drzwiach, okrytych od góry do dołu mozaiką kabli, pojawił się człowiek.
— Profesor jest tu? — zdziwił się Sołtyk. — Nie wiedziałem. Nie byłbym przeszkadzał…
— Co znowu, jestem rad. Pan ma teraz posiedzenie komisji, prawda? Chętnie wyręczę pana i opowiem naszym gościom o Maraxie.
Z gromadki dał się słyszeć radosny pomruk. Inżynier postąpił krok naprzód.
— Byłbym panu wdzięczny, ale… Słuchajcie — zwrócił się do chłopców — trafia się wam niezwykła okazja, bo profesor Czandrasekar jest jednym z twórców Maraxa. Proszę was tylko, nie próbujcie się chować, żeby polecieć z nami. Mieliśmy tu jedenaście wycieczek szkolnych i parę razy musieliśmy przeszukiwać cały statek, żeby odnaleźć amatorów podróży na gapę…