Inżynier patrzył chwilę na chłopców, usiłując przybrać surowy wyraz twarzy, lecz nagle uśmiechnął się, potrząsnął głową i wyszedł. Gdy drzwi zamknęły się za nim, zapadła cisza. Chłopcy nie ruszali się z miejsca, onieśmieleni. Profesor, słynny matematyk, był jednym z członków wyprawy. Wszyscy prawie widzieli go już na filmie, w telewizorze czy na fotografii — i teraz wpatrywali się weń z ciekawością.
Był to mężczyzna lat czterdziestu kilku, o twarzy smagłej, prawie ciemnej, suchej. Zgięty nos z cienkimi nozdrzami nadawał jej wyraz uparty i twardy, którego nie łagodziły krucze włosy, posiwiałe na skroniach. Wrażenie to pryskało, kiedy spotkało się jego oczy, prawie zawsze lekko przymrużone, o trudnym do opisania wyrazie. Była w nich dziecinna żywość, opanowana jednak surowym zastanowieniem, i spokój podobny do przezwyciężonego zmęczenia, i pewność siebie, i uśmiech tak wyraźny, że się go mimo woli szukało na jego ustach — lecz on uśmiechał się tylko oczami. Co zaś najdziwniejsze, każdemu, na kogo spojrzał, wydawało się, że są jasne, nawet bardzo jasne — i dopiero potem spostrzegało się ich ciemną barwę.
Podchodząc do chłopców Czandrasekar odezwał się: — Inżynier rozczarował was, prawda? Spodziewaliście się jeszcze jednego stosu atomowego, jakiejś niesłychanej katapulty pierwiastków, a usłyszeliście, że naszą ostoją jest po prostu maszyna do liczenia? Po cóż, myślicie, taki niepotrzebny balast? Czy nie lepszym środkiem jest miotacz promieni, który rozniesie w atomy każdą przeszkodę? Moi chłopcy, świat obcej planety będzie pełen zagadek. I jakież to byłoby rozwiązanie niszczyć je, kiedy nam staną na drodze? My chcemy czegoś znacznie większego i trudniejszego: chcemy je zrozumieć. Bo zrozumieć to znaczy opanować. A w tym właśnie pomoże nam matematyka.
Czy to dla was dziwne? Zastanówcie się. Ruchy planet, gwiazd, atomów, lot ptaka, krążenie krwi, wzrost kwiatów — wszystko, co nas otacza, cały wszechświat stosuje się do praw matematyki. To ona pomaga inżynierowi budować mosty i rakiety, geologowi — odnajdywać pod ziemią minerały, fizykowi — wyzwalać energię atomową. Zabieramy więc z’ sobą nie tylko mechaniczne ręce, mięśnie i oczy, ale także mechaniczny mózg. Nazywam tak tę maszynę, ponieważ sposoby, jakimi działa, podpatrzyliśmy w naszym własnym mózgu.
Żebyście mnie lepiej zrozumieli kilka słów objaśnienia.
Kiedy ludzie uczyli się budować coraz doskonalsze maszyny parowe, turbiny, silniki benzynowe, obrabiarki, wydawało im się, że wszystko na świecie można sprowadzić do jakiegoś mechanicznego modelu, a więc że i mózg jest mechanizmem takim jak zegarek, tylko bardzo skomplikowanym. Sądzili na przykład, że zapamiętywanie polega na tworzeniu się w głowie jakichś „odcisków” czy „fotografii”. Jednakże takiego tłumaczenia nie można przyjąć, bo w mózgu nie ma po prostu miejsca na przechowywanie tym sposobem olbrzymiej ilości wspomnień i wiadomości, jakie posiada każdy człowiek. Błąd polegał na przypuszczeniu, że mózg jest wielką „kartoteką”, „składem”, że pamięć jakiejś rzeczy jest — uważacie? — sama także rzeczą. Tymczasem naprawdę nie jest to rzecz, tylko proces. To znaczy — coś płynnego, ruchomego. Nie będę wam o tym wiele mówił, ale chcę, byście sobie uzmysłowili jedno: jeżeli materia jest w wiecznym ruchu, to myśl jest jak gdyby „ruchem w potędze”. Pamiętacie może dewizę wypisaną we wnętrzu łodzi podwodnej kapitana Nemo: mobilis in mobili? Ruchome w ruchomym. To jest właśnie dewiza i tajemnica mózgu. Tajemnica olbrzymiej, miliardowej chmury krążących prądów. I na takiej właśnie zasadzie działa Marax. Tam gdzie są prądy, musi być ich źródło i ich drogi. Podstawową cegiełką mózgu jest neuron, to znaczy komórka z wypustkami nerwowymi, które łączą ją z innymi komórkami. A elementarną cząstką Maraxa jest lampa katodowa. W naszym Maraxie jest około 900 000 lamp. Oczywiście, bardzo małych, ale widzicie, jak wielkie zajmują pomieszczenie. Mózg zaś zawiera około 12 miliardów komórek, to znaczy jakby 12 miliardów lamp, a doskonale mieści się w naszej głowie. Konstruktor powiedziałby, że rozwiązanie techniczne, jakie przedstawia mózg, jest znacznie doskonalsze. Ta ilość komórek, którą posiada mózg, pozwala na ilość połączeń między nimi wynoszącą około 10 10000. Liczba ta mało wam mówi. Otóż jest ona większa od liczby atomów we wszystkich planetach, gwiazdach i mgławicach, jakie tylko można dostrzec przez najpotężniejsze teleskopy w otchłaniach nieba. Takie są możliwości naszego mózgu. Możliwości Maraxa są znacznie skromniejsze, ale ma on nad mózgiem jedną przewagę: tę, że działa szybciej. Wiadomość, biegnąc włóknem nerwowym, przebywa w sekundzie kilkanaście metrów, a w drucie Maraxa — 300 000 000 metrów na sekundę. Pojmujecie, jak olbrzymi jest zysk na czasie.
Profesor podszedł do pulpitu i kładąc rękę na jego migocącej bursztynowej powierzchni ciągnął:
— Dam teraz Maraxowi zadanie do rozwiązania. Jest to równanie różniczkowe liniowe.
Na wyrwanej z notesu kartce nakreślił kilka wzorów, po czym, nacisnąwszy parę guzików i klawiszów, przełożył białą rączkę. Natychmiast na jednym z ekranów ukazała się nieruchoma, płonąca zielonkawa linia.
— Oto rozwiązanie. Jeśli chcę je mieć w postaci liczbowej, muszę tego specjalnie zażądać.