— Przyjeżdżamy do Interlaken22... stajemy w hotelu „Centrale” nad cudnym jeziorem Thun.

— Nie obejrzeliście miejsca, jak należy?...

— Nie mogliśmy... Była dama z czerwonym piórem na kapeluszu... i musieliśmy uciekać...

— I to tak trwało?

— Miesiąc cały... W Lucernie, Zurychu, Genewie, Florencji, Wenecji, Rzymie... wszędzie... wszędzie... zjawiała się dama z czerwonym piórem...

Tu pani Klotylda zalała się łzami. Podałem jej szklankę wody. Połykając łzy, mówiła z oburzeniem:

— Ta dama zepsuła mi całą podróż!... Nic nie widziałam!... Nic!... Nic!... Takie koszta na nic... Mieliśmy we wszystkich hotelach wcześniej zamówione pokoje... Trzeba było przepłacać... bośmy nie dosiadywali... Okropność!...

Sherlock Holmes posępnie pokiwał głową. Dawno nie widziałem go tak głęboko wzruszonym. Opowieść ładnej blondynki robiła na nim wielkie wrażenie.

Pani Klotylda ciągnęła:

— Zdenerwowałam się... Ludwiczek to widział... czuł, że potrzebuję spokoju, wytchnienia... Zaproponował mi, żebyśmy już zaniechali jazdy do Paryża — zapomniałam już panu powiedzieć, że w projekcie była jeszcze podróż do Paryża... — i doradził powrót przez Kraków. „Posiedzimy tydzień u mamy, to odpoczniesz i obojgu będzie nam dobrze”. Skoczyłam mu na szyję... To było tak miłe z jego strony. Wiedział, jak tęsknię za kochaną mamą. Od chwili wyjazdu nie dostałam ani jednego listu, choć co dzień słałam karty z widokami. Ale przy tej bieganinie po Szwajcarii i po Włoszech listy mamine dogonić mnie nie mogły...