Holmes zmarszczył czoło. Słuchał z natężeniem.

— I cóż w Krakowie? — zapytał.

— Nieszczęście!... Nie zastaliśmy mamy... Drzwi zamknięte. Służące odprawione. Stróż nie wie nic. Tylko tyle, że pani wyjechała. Dokąd? Do Warszawy? „Nie mówiła”. Od tych ciemnych ludzi niczego dowiedzieć się nie można. W Krakowie w hotelu przesiedzieliśmy tydzień, czekając na mamę.

— Dama w kapeluszu z czerwonym piórem nie wypędziła was? — z lekką żartobliwością w głosie spytał Holmes.

— Nie... Owszem, spędziliśmy nawet czas bardzo przyjemnie... co dzień byliśmy w teatrze...

— Mąż nie miał ataków?

— Tylko pierwszego dnia... Wieczorem, w hotelu... Miał dziwny atak... Nasamprzód gniewał się ze mną razem, że ci ciemni ludzie — niby stróż i stróżka — nie umieli powiedzieć, dokąd mama wyjechała... potem zaniepokoił się, że mama może siedzi w Warszawie i na nas czeka, i wysłał zaraz na moją prośbę depeszę... potem zaczął śmiać się. Ponieważ żadną miarą nie chciał iść do doktora, a na pytanie, co mu jest, odpowiadał: „Tajemnica” — zaniepokojona, wówczas właśnie zatelegrafowałam do pana...

— Cóż jeszcze?

— Nic... Mamy nie doczekaliśmy się... Z Warszawy przyszła depesza, że mamy tam nie ma... Wróciliśmy i mamy nie ma...

— A gdzie może być?...