Pani Klotylda rozpłakała się:

— Mama pewnie jest na wsi u którejś cioci mojej... Ale u której, nie wiem...

— Dużo pani cioć ma?

— Siedem... Ludwiczek telegrafował do trzech... Do czterech pozostałych nie mógł. Nie mamy bliższego adresu... Po wsiach mieszkają...

I pani Klotylda jęła płakać jeszcze rzewniej.

Holmes ruchem ojcowskim wziął ją za rękę:

— Niech pani nie płacze... Mama się znajdzie...

— To wiem — mówiła, szlochając. — Ale... ale... mnie boli jeszcze co innego... Według naszego planu... mieliśmy dziś właśnie nocować w Paryżu... w hotelu „Regina”... Tak się na to cieszyłam... A patrz pan... i mamy nie ma... i mąż jest chory... i ta jakaś tajemnicza kobieta spokoju nie daje... i... i... i... ja sama jestem nerwowo rozstrojona...

Tu zaczęła bezładnie opowiadać. Okazało się, że mąż jej znowu znajduje się w stanie dziwnego rozprężenia nerwów, że ten stan udzielił się i pani Klotyldzie, że pan Ludwik jak gdyby czegoś wyczekuje, czegoś boi się, że obecnie zaproponował żonie wyjazd do Berlina pół dla rozrywki, pół w interesach, które miał tam załatwić...

— A pani?