— Słowem... po trzech godzinach... mężowi udało się udobruchać mnie. Chociaż... już w tej historii pozostało dla mnie coś tajemniczego! Ale jak Ludwiczek jął malować naszą przyszłą podróż, pokazywać mi drogę naszą na mapie, a przy każdym punkcie oznaczającym miasto, w którym zatrzymamy się, całować mnie, a przy każdym podkreśleniu w Baedeckerze20 ołówkiem hotelu, który obieraliśmy na postój, całować mnie dwukrotnie — tu pani Klotylda zapłoniła się rozkosznie — takem zmiękła i wybaczyła mu wszystkie przypuszczalne błędy przeszłości. Tylko już na przyszłość żądałam... No, panowie rozumieją... Przysiągł wierność do grobowej deski. Pisząc nazajutrz pod nieobecność Ludwiczka list do mamy, nie wspomniałam nawet o tym nieporozumieniu. Mama zaniepokoiłaby się mocno.
Holmes pokiwał głową:
— A uspokoiła pani obawy mamy... co do uczuć męża?
— O, opisałam mamie, jak Ludwiczek wybierał ze mną miasta na mapie i hotele w Baedekerze... ile razy mnie pocałował. Ja mamie wszystko piszę. Ludwiczek nawet sądzi, że jestem zbyt drobiazgowa... i mogłabym mniej pisać...
— Cóż dalej?
— Teraz niech pan uważa... Bo to, co teraz, to najważniejsze... Następują fakty dziwne, niezrozumiałe... Zaraz pan zrozumie, czemu mówiłam o owej pani z czerwonym piórem na kapeluszu... Przyjeżdżamy do Bazylei. Stanęliśmy w hotelu „Pod trzema królami”. Zwiedziliśmy muzeum... klasztor... galerie. Wracamy do hotelu. W przedsionku przystępuje do mojego męża szwajcar i powiada: „Była tu jedna pani... pytała o pana...” — „Jaka pani?” — „Z czerwonym piórem na kapeluszu”. Mąż mój pobladł... szwajcarowi dalej mówić nie dał... pociągnął mnie na górę. „Pakujemy się” — woła. Oczy mu się iskrzą... twarz płonie... Widzę, że ma napad... Więc już milczę... nie opieram się... sceny mu nie robię... Wsiadamy do wagonu... Dopiero odzyskał humor... Pytam: „Co było?” Wziął mnie za ręce i rzekł pieszczotliwie: „Klociu, jeżeli mnie choć trochę kochasz, ufaj mi... Wiesz, że tylko o naszym szczęściu myślę...” — „A ta dama?” — „Klociu! Nie pytaj. To straszliwa tajemnica... Kiedyś, da Bóg, wyjaśnię ci, zrozumiesz mnie!” Przyjeżdżamy do Berna. Stajemy w hotelu „Jura”, obranym wedle wskazania Baedekera. Wychodzimy na miasto. Podziwiamy z daleka Alpy... jesteśmy w nowym i starym parlamencie... Podoba się nam. Zamierzamy jeszcze jeden dzień pozostać... Lecz w hotelu...
— Szwajcar donosi — uśmiechając się, kończył Holmes — że dama z czerwonym piórem...
— Tak jest! — wykrzyknęła pani Klotylda, znowu czyniąc swój zagadkowy ruch, jakby głaskała coś leżącego na kolanach. Tak jest! „Die Dame mit rothem Feder am Hut...”21 przychodziła, pytała...
— I znowu atak... ucieczka... przysięgi w drodze...
Pani Klotylda przymrużyła oczy, uśmiechnęła się półsmętnie i przytaknęła.