Sherlock złośliwie przymrużył oczy:
— Cóż pani na to?
— Powiadam mu: „Jak to? Nie lubisz przecie podróży”. A on mi: „No, tak mi się wydawało. Jedziemy najpóźniej za dwa dni. Przygotuj się”. Powiadam: „Zlituj się. Nie zdążę. Mam dużo sprawunków dla mamy”.
— Cóż mąż na to?
— Mąż?... Powiada: „Ja ci pomogę”.
— W sprawunkach?
— Tak... Ludwiczek dla mamy bardzo uprzejmy... I na służącą za stratę listu gniewał się głównie dlatego, że przy listach mamy jest zwykle spis wszystkiego, co mamie potrzeba. A Ludwiczkowi chodzi mocno o to, aby mamie dogodzić. Nazajutrz wychodzimy na miasto. Zatrzymuję Ludwiczka przed sklepem kapeluszy na Marszałkowskiej. Powiadam: „Wstąpimy, kupię kapelusz dla mamy...” Wstępujemy. Wybieram dla mamy kapelusz z pięknym, białym strusim piórem. Potem zagadałam się przy przymierzaniu nowych francuskich fasonów. Wtem widzę: ku wyjściu dąży jakaś dama w kapeluszu z czerwonym piórem... Widziałam, że jest młoda... Mignęła mi filuterna twarzyczka z pięknymi niebieskimi oczyma. Mój mąż, wskazując palcem ową damę, nachylił się ku sklepowej i coś szepcze... Widzę to w lustrze... Widzę, że panna sklepowa uśmiecha się... On też — i szepcą. Zmartwiałam. Mama mówiła mi nieraz, że wszyscy mężczyźni są zdrajcy. Ale co do Ludwiczka... byłam pewna, że on nie... Wypadłam na ulicę... Ludwiczek za mną. Ledwie miał czas zapłacić rachunek... Spostrzegł moje zmieszanie. „Co ci się stało?” Powiadam: „Nic”. — „Zbladłaś strasznie”. Pytam: „Kto była ta dama?” — „Jaka dama?” — odpowiada, jakby nic nie wiedział. — „Ta, co wyszła”. — „Wychodzących było wiele”. — „Ta z czerwonym piórem na kapeluszu!” — „Stare pudło!...” Kłamał wyraźnie. „Aha, stare pudło... O czym żeś szeptał ze sklepową?” — „Ja?” — „Oczywiście, że nie ja”. Zmieszał się, splątał. Robię mu scenę. Skręciłam umyślnie w Świętokrzyską ku Zielnej, gdzie są sami Żydzi. Powiadam mu: „Masz stosunki z tą panną w magazynie17... miałeś stosunki z tą damą z czerwonym piórem...” Przez całą Pańską idzie przy mnie, a zaklina się, że żadnych stosunków z nikim nie ma i nigdy nie miał. „Coś szeptał?” — „Ależ nic”. — „Ta panna śmiała się”. — „Śmiała się z gustu tej pani”. — „A ty?” — „Ja też”. — „Mówiłeś coś”. — „Pytałem, czy nie ma piór jeszcze czerwieńszych”. — „Tylko tyle?” — „Mówiłem, że strusie pióra są drogie”. Rozpłakałam się na ulicy. „Dla mamy... to za drogie!” Zarumienił się. Przyszliśmy wreszcie do domu... Jął18 przysięgać...
— Jeżeli pani krócej możesz opowiadać, to proszę — rzekł uprzejmie Holmes. — Ale jeżeli pani uważa, że to wszystko jest potrzebne, słucham cierpliwie.
— Wszystko to potrzebne — rzekła pani Klotylda, czyniąc nieco dziwaczny ruch, jakby kilkakroć gładziła mufkę19, której w ręku nie miała, raz po raz mrużąc oczy. — Ale jeżeli pan sądzi, że może krócej...
— O, nie krępuję pani. Jestem cierpliwy. Lecz jeżeli pani może się streszczać...