— Po przyjeździe do domu.

Sherlock zapalił papierosa.

— Państwo mieszkacie stale w Warszawie?

— Tak jest... Po przyjeździe do domu pierwszy atak we trzy tygodnie. Skrzyczał strasznie służącą...

— Powód?

— Zawieruszył się list mamy.

— Cóż go tak rozgniewało?

— Właśnie... zuchwalstwo służącej... Przychodzę... Szwajcar15 mówił mi: „Listonosz przynosił list do pani...” — „Gdzie list?...” — „Na górze...” Pędzę po schodach... Myślę: „List od kochanej mamy, może obiecuje przyjechać...” Pytam męża... powiada: „A, tak... list był... położyłem na stole w jadalnym...” Szukam w jadalnym... nie ma... Nie ma nigdzie... Mój mąż dzwoni na Wikcię. „Gdzie położyłaś list dla pani?” Dziewczyna na to: „Jaki list? Żadnego listu pan mi nie dawał”. Mój mąż: „Jeżeliś zgubiła, to przynajmniej nie kłam”. Moja Wikcia zaperzyła się: „Ja nie kłamię... Pan sam zgubił... Pan mi nie dawał”. I nuż zaklinać się na wszystkie świętości. To zapieranie się w żywe oczy wyprowadziło męża mojego z równowagi. Począł nogami tupać, krzyczeć: „List musi się znaleźć!” Wikcia moja też harda. Więc krzyczy: „Przechodziłam kiele16 pana, to pan list jakiś czytał, ale nic mi nie dawał!” „Kłamiesz!...” Zrobiła się awantura. Chciałam Wikcię odprawić. Ale już pasja mojego męża przeszła, bo w gruncie rzeczy jest ogromnie dobry, i powiedział mi: „Dziewczyna głupia, ale nie zła. Kłamie, bo nie pamięta. Daj jej rubla ode mnie i niech już zostanie...”

— A list?

— List nie znalazł się. Tylko wieczorem, gdyśmy się kładli spać, powiada mąż do mnie: „Kloteczko, wiesz co? Pojedziemy do Szwajcarii i do Włoch...”