— Nie mam go...
— Za zgodą matki?
— Tak... chociaż matka bardzo płakała, rozstając się ze mną. Gdyśmy wyjeżdżali, powiedziała mi na osobności: „Dziecko moje, gdyby ci źle było... gdybyś omyliła się co do jego charakteru, pamiętaj, że masz matkę... Napisz... zaraz przyjadę”. Lękała się o mnie bardzo...
— Mąż pani dawał powód do tych obaw?...
— Jako narzeczony — nie. Był bardzo łagodny. Po ślubie, na drugi dzień... przeraził mnie i mamę dziwaczną gwałtownością... Rzucił szklankę o ziemię i rozbił ją... Pobladł... trząsł się z gniewu... Potem mocno przepraszał...
— W jakich to było okolicznościach?
— Bez żadnego powodu. Mama, która zna zagranicę gruntownie, układała nam właśnie plan podróży poślubnej. Mój mąż miał iść po bilety dla nas i wtem... po prostu wpadł w pasję... Pamiętam, mama opowiadała o jakimś obrazie w pałacu Pitti12, który wszyscy oglądają, i obiecała nam go pokazać, podobno curiosum13... Mama zna wszystkie galerie... Obiecała nam ciceronować14... Rzuciłam się mamie w objęcia... Ludwiczek ucałował mamie ręce... Był ogromnie wesół i rad, że wyjeżdżamy... I naraz, kiedy już szedł po bilety, chwycił tę szklankę ze stołu i buch! na ziemię. Nie widziałam go jeszcze takim...
— I cóż... przeprosiwszy, poszedł po bilety?
— Nie!... Przeprosił... ale uparł się... Powiada nagle: „Nie cierpię Włoch, nie cierpię Szwajcarii, nie cierpię podróży... Jedziemy do Warszawy!” Zdziwiłam się, bo nigdy nie mówił, że podróży nie lubi... Przeciwnie, cieszył się, że zobaczy Włochy i Szwajcarię... I naraz taka zmiana usposobienia. To było po raz pierwszy... Potem podobne ataki zdarzały mu się nieraz...
— Kiedy po raz pierwszy?