— O, przy panu Belmoncie może pani śmiało mówić! To jest mój warunek, aby wszyscy klienci mówili o swoich tajemnicach wobec pana Watsona albo pana Belmonta.
Blondynka rzuciła mi czarujący uśmiech, który oznaczał: ufam panu. Siadła, a odsapnąwszy nieco, szybko mówić poczęła:
— Jestem wysoce nieszczęśliwa. Wyszłam za mąż z miłości. Mój mąż na pozór kocha mnie bardzo. Ale w życiu tego człowieka jest jakaś straszliwa tajemnica. Musi mieć na sumieniu jakąś zbrodnię. Od czasu do czasu ogarnia go lęk... niepokój... Nie może usiedzieć wtedy na miejscu... Zrywa się... z jednego miasta ucieka do innego... Obawia się, abym się czegoś nie dowiedziała... Pilnuje mnie... podejrzewa... Słowem, nic z tego nie rozumiem.
— Fakty... fakty... — wycedził zimno Holmes, przymykając oczy.
— Jakie fakty?
— Kiedy pani wyszła za mąż?
— Blisko dwa miesiące temu.
— Gdzie?
— W Krakowie.
— Za zgodą ojca?