— Ale do kogo?

— Do damy z czerwonym piórem na kapeluszu.

— A!... Znasz jej nazwisko?

— Domyślam się...

Pociąg ruszył właśnie... Holmes owinął się pledem. Wiedziałem, że tymczasem nic więcej nie powie. Po chwili usłyszałem jego chrapanie. Co do mnie, zasnąć nie mogłem. Gubiłem się w domysłach. Jak on znajdzie ową damę z czerwonym piórem na kapeluszu?... Cała opowieść Klotyldy wydawała mi się czymś bez związku, bez sensu. Ten list... ta podróż... ta dama... ten szereg ucieczek... Nic się nie kleiło. Im dłużej rozmyślałem, tym grubszą, bardziej nieprzejrzaną wydawała mi się zasłona tajemnicy. A Holmes spał, pewny swoich „kombinacji”. Dziwny człowiek!...

W kilka dni potem, piątkowego wieczoru, chodziliśmy po dworcu centralnym w Berlinie, oczekując ekspresu z Paryża. Holmes nerwowo zaciskał w ręce żelazny klucz. Czułem, że jest niespokojny. Usłyszeliśmy świst pociągu.

— Przyjedzie czy nie przyjedzie? — rzucił przez zęby Holmes. W głosie jego czuć było drżenie niezwykłe. Widać, że obawiał się, iż kombinacje mogą być zawodne.

— Kto taki? — zapytałem.

— Dama... z czerwonym piórem na kapeluszu... z małym pinczerkiem na ręku... i z binoklami25 na nosie... O, o! Uważaj teraz dobrze.

Pociąg nadbiegł. W mgnieniu oka rozwarły się drzwi wagonów. Obaj wytężyliśmy oczy. Nagle Holmes krzyknął i poskoczył naprzód.