Spojrzałem — i dreszcz zdumienia przeszedł mi po nerwach.
Naprzeciw nam szła dama okazałej tuszy. Na kapeluszu miała jaskrawoczerwone pióra. Na ręku niosła otulonego w płaszczyk pinczerka. Na nosie miała binokle.
Nim ochłonąłem ze wzruszenia, już Holmes zdążył rozmówić się z ową damą, otrzymać od niej kwit na rzeczy26, przywołać posługacza, dać szereg rozporządzeń, doręczyć mi kilka pudełeczek przyjezdnej, kilka wziąć pod swoją pieczę i polecić mi, abym o nic nie pytał tymczasem, a szedł ku omnibusowi 27 hotelowemu.
Paliła mnie ciekawość. Ale nie mogłem jej zaraz zaspokoić. W omnibusie jak na złość zbrakło miejsca dla mnie. Wszystkie były wcześniej zamówione, prócz dwóch, które zajęli Holmes i nowo przybyła. Poszedłem za karetką.
Spotkaliśmy się na podjeździe „Monopolu”.
— Kto ona? — szepnąłem do Holmesa.
— Zaraz się dowiesz!
Winda uniosła nas na trzecie piętro. We troje podeszliśmy do drzwi numeru 44. Holmes ze złośliwym uśmiechem otworzył drzwi i grzecznie usunął się na stronę, puszczając przodem okazałą damę w kapeluszu z czerwonym piórem.
I nie zdążyłem jeszcze przestąpić progu, kiedym usłyszał dźwięczny okrzyk:
— Mama!