Za chwilę byłem widzem czułej sceny. Pani Klotylda obejmowała matkę i płakała z radości. Ludwiczek, nieco blady z radosnego wzruszenia, całował rączki teściowej. Holmes ostrożnie obwijał w pled pinczerka. A pani Grzmotnicka, sapiąc, mówiła: „Kochane dzieci, jak ja was szukałam!... Jak ja was szukałam!... Panie Holmes, niech no pan tylko ostrożnie dotyka Filusia, bo bardzo nerwowy”.

Zjedliśmy kolację w głównej sali hotelu w sześcioro (licząc w tym Filusia). Przy kolacji piliśmy dwadzieścia razy zdrowie genialnego Holmesa. Pani Klotylda, jej matka i Ludwiczek ściskali mu ręce przy każdym kieliszku. Pani Grzmotnicka przebrała nawet nieco miarę (trąbiła alasz28 kapitalnie) albo też była zmęczoną mocno po podróży: dość, że wcześnie udała się na spoczynek i zarządziła, aby Ludwiczek z Klotyldą też poszli na spoczynek, bo „zdrowia marnować nie należy w młodym wieku”.

Kiedyśmy zostali we dwóch, dostrzegłem, że Holmes jest jakiś kwaśny.

— Co ci jest? Czy nie jesteś zadowolony ze swego tryumfu?

— Owszem... ale ręka mnie boli... patrz, mam siniaki...

Pokazał mi rękę. Przeląkłem się.

— Co ci jest?...

— To pan Ludwik tak mocno mi dziękował... za odzyskanie teściowej.

Wyznaję, żem parsknął śmiechem, choć mi żal było Holmesa serdecznie. Przeszło pięć minut trząsł mnie taki śmiech, że Holmes, z początku chmurny i zły na mnie, zapomniał o bólu, dał się porwać i śmiał się ze mną razem.

Kazaliśmy podać szampana i teraz Holmes musiał mi odpowiedzieć na cały szereg pytań, ściągających29 się do jego tryumfu.