— A pinczerek na ręku...
— Widziałeś, jak Klotylda gładzi coś niewidzialnego na kolanach?
— Więc to też przyzwyczajenie?
— Tak!
— Ależ mogła mieć pieska w domu?
— Powiadała, że mąż nie lubi psów... Odgadłem, że pinczerek został u matki!... To proste!
W tej chwili wydawał mi się genialny... Tym genialniejszy, że sam nie podejrzewał swojego geniuszu, skromny jak „dziecię, co nie wie o swojej piękności”31.
On rozumiał, że go podziwiam, i cicho a znacząco wyrzekł:
— Nie robię żadnych niemożliwości. Przekonasz się sam, że przed istotną trudnością zawsze pasować muszę... Ba, oto zaraz przekonasz się o tym — dodał, spojrzawszy na prawo ku drzwiom wejściowym salonu, i wzdrygnął się cały.
Do naszego stołu zmierzał pan Ludwik. Był blady. Wargi mu drżały. Podszedł, odsunął krzesło i raczej upadł na nie, niż siadł.