Nie byłem zdziwiony teraz, że odgadł. Ale zrozumiałem, jak łatwo wyciągnął wnioski ze szczegółów, których my zazwyczaj nie widzimy, a których wymowa była tak jaskrawą, że nie omyliłaby nikogo, co umiałby podobnie patrzeć i rozumowałby tylko logicznie!
— A skąd zgadłeś, że jadłem... jajecznicę?
Uśmiechnął się:
— O, to proste... Gdyś otworzył mi, ujrzałem żółtą kroplę, która kapnęła ci z wąsów i z brody...
— Ale mogłem przecie jeść jajka na miękko.
— Nigdy!... Byłoby choć nieco białka na brodzie...
Po przerwie wywołanej przybyciem stróża, służącej i psa, gdym załatwił kwestię podatku, a pies legł u nóg w gabinecie, zadałem zapytanie Holmesowi, co go właściwie sprowadza do Warszawy.
— Sprawa... Jaka, nie wiem... Zdaje się, coś ważnego... i... bardzo delikatnego... Oto depesza, którą zostałem wezwany.
Pokazał depeszę. Brzmiała: „Potrzebny mi Pan dla rozwiązania głębokiej tajemnicy, od której zależy moje małżeńskie szczęście. Honorarium 500 funtów. Klotylda Kłopotowska”.
— Odtelegrafowałem, że jadę. Dałem twój adres. Nie masz mi za złe?