— Dlaczego?
— Bo ty nie leżysz na dnie morza.
Telefon zadzwonił znowu. Dzwonił długo, bardzo długo. Ale teraz nie chciał przestać.
— Wściekł się, czy co?
Emil powoli wstał. Rozmowa. Bardzo krótka. Wraca i mówi:
— To był telefon z kliniki. Coś się stało mojej matce.
Ubrał się i wybiegł. Ewa była przez sekundę jak sparaliżowana. Potem ubrała się też. Kręciła się przed kliniką, jak dzikie zwierzę, uwiązane. Pamiętała tylko jodły z tamtej nocy.
Potem Emil zeszedł bardzo blady i uśmiechnął się:
— Moja mama umarła.
Kręcili się obydwoje, jak dzikie zwierzęta, tam i z powrotem.