— Ala zgodziła się iść na plażę. Nareszcie będę wiedziała, jak jest zbudowana — i odchodzi.

Emil nie zapytał, Ewa nie powiedziała mu nic o wyniku oględzin.

Nie mówili o tym więcej.

Mój lud

Była wiosna i nie wiadomo, czy suknie dziewcząt były ciepłe od słońca, czy od ciała.

Była wiosna, „miłość więdnie jak kwiat”, i Ewa nie mogła opuścić Emila.

Dlaczego? Bo byli spętani wspólnymi sprawami, jak kłębem lian, i obrastały ich liany, i można było tylko tak: toporem, jak przez dżunglę. Wrogie czy przyjazne — to nie znaczyło wiele: zaplątywali się w nie coraz bardziej.

Mimo wszystkich znajomych, bardziej lub mniej ciekawych, ona byłaby wygnana (jak Ewa z raju, z raju, gdzie można było wszystko mówić i to nie na wiatr), czułaby się samotna, jak świerk na skraju skał.

Bo z samotnością jest jak z dziewictwem: jest się samotnym, samotnym i prawie nie odczuwa się tego. Gdy się zrozumie, choć na krótką chwilę, że można nie być samym — tama pękła. I Ewa nie mogłaby tak żyć, jak żyła przed poznaniem Emila.

I najważniejsze: byli z jednej rasy, z jednego plemienia, żyła w kazirodczym związku.