Po całej ziemi porozrzucany lud, który nie wie o sobie, lud głodny wiedzenia wszelkiej rzeczy, niespokojny i niepokojący, obłąkany i nawiedzający obłędem, lud, w którym tworzą się od dzieciństwa wyobrażenia mgliste, niekształtne, zamazane, wahające się i nic o nich nie można powiedzieć, i można o nich powiedzieć tylko, że są, z samych głębin dzieciństwa wydobyte, a na nich osadzają się zmienne kształty stopniowo, z biegiem życia, i towarzyszące przez całe życie, zakryte, tak jak w czasach dzieciństwa, z którymi umiera się, nie umiejąc ich nazwać — które czasem, pewnego dnia, mówią: „Dzień dobry”.

I stało się: to było to.

Nie po to, aby był mężem lub żoną (ona raz jeden pomyślała o tym z przerażeniem), nie, aby był przyjacielem, nie, aby był bratem lub siostrą, lecz aby był w pobliżu, żeby go można dotykać, poznać, słuchać i mówić do niego.

I to jest mój lud.

Król olch

Ewa czekała kwadrans. To się zdarzało bardzo rzadko, i dlatego była niespokojna.

W końcu przyszedł z miną pokorną, zbyt pokorną.

— Dlaczego się spóźniłeś?

— Nie pocałuję cię, mimo że mi się chce okropnie, bo byś to uważała za podejrzane.

— Dowaliłeś się do jakiejś dziewczyny?