Szlachcic ujął go za ramię i ściskając energicznie, wyrzekł:

— Z wolna, z wolna, mości hrabio. Nie obrażaj się. Straciłeś do tego prawo.

— Znów obelga! — krzyknął Roland. — Czyś pijany, Bergeraku?

— Wiesz dobrze — odparł śmiało Cyrano — że wina wcale nie piję. To nie ja jestem pijany, ale ty, bratku, stchórzyłeś i usiłujesz miną nadrabiać.

— Stchórzyłem? Z jakiego powodu miałbym stchórzyć?

— Bo drżysz przed następstwami własnych czynów. Zgadujesz, że zamierzam ocalić Ludwika, a jego ocalić, znaczy ciebie zgubić.

— Znów ten Manuel — odezwał się wzgardliwie hrabia. — Nigdyż nie przestanie obijać mi się o uszy to liche imię?

— Do diabła! Jesteś bardzo wymagający i uszy masz bardzo delikatne, mój panie! Bierzesz się jednak do rzeczy bardzo niezręcznie. Robotę twoją widzi się, jak na dłoni. Chciałeś oszczędzić sobie ciężarów, jakie sprowadził na ciebie powrót brata i wymyśliłeś w tym celu marną komedię, zapominając, że ja tu jestem i że w każdej chwili mogę w niej rolę przemienić. Gdybym był chciał uczynić to przed godziną, musiałbyś przy wszystkich żebrać mego przebaczenia i krwawymi łzami opłakiwać swą zdradę.

— Ty zmusiłbyś mnie do tego?

— Ja. Wiadomo ci dobrze, nieprawdaż, że Manuel, że Ludwik raczej jest twoim bratem. Na co tu grać komedię? Nikt nas nie słyszy.