— Jest jeszcze piękniejsze miejsce, gdzie udamy się kiedyś, jak na to zasłużymy — odpowiedziała Małgosia słodkim głosem.

— Tak długo trzeba na to czekać, tak ciężko pracować! Ja bym chciała wzlecieć zaraz, jak te jaskółki, i wejść w te wspaniałe podwoje.

— Wejdziesz tam, Elizo, prędzej czy później, nie bój się — powiedziała Ludka. — Co do mnie, wolałabym walczyć, pracować, mozolić się i czekać, a nawet nigdy się tam nie dostać.

— Miałabyś we mnie towarzysza, jeżelibyś chciała, bo muszę odbyć dużo podróży, zanim przybłądzę do waszego niebieskiego grodu. Jeżeli się spóźnię, to powiesz za mną dobre słowo, Elizo, zgoda?

Mówił to z takim wyrazem twarzy, że jego mała przyjaciółka zaniepokoiła się. Rzekła jednak wesoło, patrząc spokojnym okiem na zmieniające się obłoki:

— Jak ktoś szczerze chce, to niezawodnie się tam dostanie. Nie przypuszczam, żeby zamykano te podwoje lub strzeżono tych bram.

— Czy to nie byłoby zabawne, gdyby nasze zamki na lodzie stały się rzeczywistością i gdybyśmy mogli w nich mieszkać? — rzekła Ludka po krótkim milczeniu.

— Ja ich tak wiele narobiłem, że byłby trudny wybór — powiedział Artur. Leżał na wznak i rzucał szyszkami w wiewiórkę, która go zdradziła.

— Zająłbyś swój najbardziej ulubiony. Jaki on jest? — spytała Małgosia.

— Jeżeli powiem, czy będziesz równie szczera?