— Dobrze, ale niech i dziewczęta opiszą swoje.

— I owszem. Mów Arturze.

— Jak się już dosyć napatrzę świata, chciałbym się osiedlić w Niemczech, słuchać do syta muzyki i zostać sławnym artystą, żeby wszystko, co żyje, tłoczyło się, by mnie usłyszeć. Nie zajmowałyby mnie nigdy pieniądze, interesy, bawiłbym się tylko i żył, jak by chciał. Oto mój ulubiony zamek. A twój, Małgosiu?

Małgorzacie widocznie zdawało się trudne powiedzieć, co ma w duszy. Zasłoniła twarz gałązką paproci, jak gdyby dla odpędzenia urojonych komarów, i mówiła z wolna:

— Chciałabym mieszkać w ładnym, wykwintnym domu, mieć smaczne jedzenie, piękne suknie, śliczne meble, miłych gości i dużo pieniędzy. Chciałabym panować, rządzić według woli i mieć liczną służbę, żeby nigdy nic nie robić. Jakżebym tego używała! Ale nie byłabym próżniaczką, spełniałabym dobre uczynki i sprawiała, że wszyscy by mnie kochali.

— Czy nie chciałabyś mieć gospodarza w tym zamku na lodzie? — zapytał Artur figlarnie.

— Przecież mówiłam, że chcę miłych gości — powiedziała, pilnie zawiązując trzewik, żeby nikt nie widział jej twarzy.

— Czemu nie dodajesz, że pragnęłabyś mieć znakomitego, mądrego, dobrego męża i kilkoro anielskich dzieciaczków? Przecież twój zamek nie byłby doskonały bez tego — rzekła śmiało Ludwisia, która nie miała jeszcze czułych myśli i pogardzała romansami, z wyjątkiem drukowanych.

— Ty w swoim będziesz miała tylko konie, atrament i powieści — odpowiedziała porywczo Małgosia.

— Bardzo bym chciała mieć stajnię pełną arabskich rumaków, pokoje wypełnione książkami i magiczny atrament, żeby moje dzieła były tak sławne jak muzyka Artura. Ale zanim obejmę w posiadanie zamek, pragnę dokonać jakiejś rzeczy wspaniałej, bohaterskiej lub niezwykłej, która by nie została zapomniana nawet po mojej śmierci. Nie wiem jeszcze, co to będzie, ale ciągle na to czekam i chcę was wszystkich kiedyś zadziwić. Zdaje mi się, że będę pisała książki i tą drogą pozyskam bogactwo i sławę. To by mi się podobało i takie jest moje ulubione marzenie.