— Owszem, masz — żywo odparł Artur.

— Jaki?

— Swoją twarz.

— Brednie, to się na nic nie zda.

— Poczekaj, zobaczysz, czy ona ci nie sprowadzi czegoś takiego, co warto posiadać — odparł, śmiejąc się na myśl ślicznej tajemnicy, którą posiadał, jak mu się zdawało.

Małgosia zarumieniła się za gałązką paproci, lecz nie spytała o nic i patrzyła za rzekę z tym samym wyrazem oczekiwania, jaki przybrał pan Brooke, opowiadając historię o księciu.

— Jeżeli będziemy żyli za dziesięć lat, zejdźmy się, aby się przekonać, czy się komuś ziściły życzenia albo na ile się ktoś zbliżył do swego celu — rzekła Ludka, mająca zawsze na pogotowiu jakiś plan.

— Mój Boże, jaka ja będę stara! Dwadzieścia siedem lat! — wykrzyknęła Małgosia, która jako siedemnastoletnia panna uważała się już za dorosłą.

— My oboje będziemy mieli po dwadzieścia sześć lat, Arturze. Eliza dwadzieścia cztery, a Amelka dwadzieścia dwa! Jakie szanowne grono! — odezwała się Ludwisia.

— Spodziewam się, że do tego czasu dokonam czegoś zaszczytnego, ale taki jestem ociężały, że się boję, moja Ludko, czy nie przepróżnuję życia.