— Mama mówi, że ci potrzeba podniety, ale gdy ją znajdziesz, z pewnością będziesz doskonale pracował.
— Doprawdy? Na Jowisza, stanie się tak, nie inaczej, jeżeli znajdę sposobność! — wykrzyknął Artur, siadając z nagłą energią. — Powinienem być zadowolony z losu, żeby dogodzić dziadkowi. Spróbuję, ale wiecie, że to przeciwne mojej naturze i będzie mnie wiele kosztować. Jego życzeniem jest, bym został indyjskim kupcem, jak on sam był, a ja wolałbym się raczej zastrzelić! Nienawidzę herbaty, jedwabi, korzeni i rozmaitych rupieci sprowadzanych na jego starych okrętach i nie dbałbym o to, czy pójdą na dno, gdybym je posiadał. Powinien poprzestać na tym, że wstąpię do kolegium, bo jeżeli mu poświęcę cztery lata, to niechże mnie za to uwolni od handlu. Ale się uparł i ja tak zrobię, aż na koniec zerwę z nim stosunki i będę żył według własnej woli. Tak samo uczynił mój ojciec. Zrobiłbym to jutro, gdyby ktoś mógł pozostać przy staruszku.
Mówił gorączkowo i zdawał się gotów przy najmniejszym zadrażnieniu spełnić groźbę, dorósł bowiem bardzo prędko i pomimo pozornej ociężałości z młodzieńczą siłą pragnął uzyskać niezależność i puścić się w świat.
— Radzę ci odpłynąć na jednym z tych okrętów i nie wracać do domu, póki nie zakosztujesz życia na własny sposób — rzekła Ludka, której wyobraźnia zapaliła się do tak śmiałego przedsięwzięcia, a serce przejęło się współczuciem wobec tego, co nazywała „krzywdą Artura”.
— Nie masz racji, Ludko. Nie wypada mówić w ten sposób, a Artur nie powinien słuchać złej rady. Spełnij życzenie dziadka, mój drogi chłopcze — rzekła Małgosia macierzyńskim tonem. — Dokładaj wszelkich starań w kolegium, a jak dziadek zobaczy, że chcesz mu się przypodobać, jestem pewna, że nie będzie twardy i niesprawiedliwy. Sam mówisz, że nie ma nikogo, kto by z nim mieszkał i kochał go, więc miałbyś sobie do wyrzucenia, gdybyś go opuścił bez jego woli. Nie bądź smutny, rozdrażniony, tylko pełnij obowiązki, a zostaniesz nagrodzony, tak samo jak pan Brooke, którego wszyscy szanują i kochają.
— Co o nim wiesz? — zapytał Artur, który wdzięczny był za dobrą radę, lecz niechętny kazaniu, więc po swoim niecodziennym wybuchu pragnął odwrócić rozmowę od siebie.
— Twój dziadek opowiadał mamie, że z oddaniem dbał o matkę, póki nie umarła, i nie chciał wyjechać zagranicę jako nauczyciel do jakiegoś zamożnego domu, żeby jej nie opuścić; że dotąd wspiera staruszkę, która jej doglądała, i nikomu o tym nie mówi, że jest szlachetny, cierpliwy i dobry, jak tylko to w mocy człowieka.
— To prawda — rzekł Artur serdecznie, gdy Małgosia umilkła z rozpaloną twarzą po swym poważnym opowiadaniu. — Jakie to podobne do mego dziadka, że się wszystkiego dowiedział, nie mówiąc mu o tym, i rozgłasza jego przymioty, żeby go ludzie kochali. Brooke nie umiał sobie wytłumaczyć, dlaczego wasza matka jest taka dobra dla niego, zaprasza go razem ze mną i obchodzi się z nim tak przyjaźnie, jak to jest jej pięknym zwyczajem. On też widzi w niej doskonałość, co dzień ją wspomina i was tez zachwala. Jeżeli moje marzenia kiedyś się urzeczywistnią, to zobaczycie, co dla niego zrobię.
— Zacznij od tego, by go nie dręczyć teraz — rzekła cierpko Małgosia.
— Skąd wiesz, że się tego dopuszczam, moja panno?